Home Góry Niedźwiedzie są jakimś rozwiązaniem czyli wpis tarzańsko pandemiczny piąty

Niedźwiedzie są jakimś rozwiązaniem czyli wpis tarzańsko pandemiczny piąty

autor Zwierz
Niedźwiedzie są jakimś rozwiązaniem czyli wpis tarzańsko pandemiczny piąty

Obudz­iłam się z myślą, że czeka mnie dziś wysiłek. Zapowiedz­ią wysiłku było a.) mat­ka budzą­ca mnie o godzinie, która zde­cy­dowanie nie była ósmą b.) światło, które padało na moją poduszkę ewident­nie dając znak, że moja wiz­ja najin­ten­sy­wniejszych opadów deszczu od cza­sów potopu była jedynie marze­niem sen­nym.  Jak się jed­nak miało okazać, dzisiejszy dzień bardziej niż pod znakiem wysiłku stał pod znakiem pogody. Rzekłabym co najm­niej niesprzy­ja­jącej w najbardziej pokręt­ny sposób.

 

 

Okaza­ło się bowiem, że słońce co praw­da pada na moją poduszkę, ale nad góra­mi zale­ga­ją chmury, które do tego idą w górę co ponoć zwias­tu­je deszcz. Co więcej aż dwie z trzech aplikacji pogodowych które mamy zain­stalowane zapowiadały o jede­nastej burzę. Musi­cie tu wiedzieć, że o ile moja mat­ka boi się burzy nor­mal­nie to ja na słowo burza chowam się pod najbliższym stołem i trzęsę się niczym ratlerek w Syl­wes­tra. Zapro­ponowałam więc, że może nigdzie dziś nie pójdziemy, posiedz­imy sobie, poczy­tamy, poleżymy relak­sik taki. Mat­ka spo­jrza­ła na mnie jak­bym właśnie zapro­ponowała, żebyśmy się upiły i zaczęły w piwni­cy hotelu na domowym samiz­da­cie drukować egzem­plarze Man­i­fes­tu Komu­nisty­cznego albo coś równie irracjon­al­nego.

 

Moja pró­ba wyjaśnienia jej, że mój plan dnia to tak zwany „odpoczynek” (słowo na wszel­ki wypadek przeliterowałam) spełzła na niczym, gdyż jej oczy pow­ięk­sza­ły się tylko i zaczęła przekrzy­wiać głowę trochę jak pies, który próbu­je zrozu­mieć niez­nany język swo­jego właś­ci­ciela. Inny­mi słowy okaza­ło się, że moja definic­ja odpoczynku dość drasty­cznie nie zgry­wa się z jej definicją. Jed­nak po pewnym cza­sie, kiedy byłam już naprawdę w des­per­acji mat­ka ma stwierdz­iła, że chy­ba wie o co mi chodzi, i że kiedy w lat­ach stu­denc­kich jeźdz­iła w góry praw­ie na trzy tygod­nie to sobie robiła z przy­jaciółką jeden taki dzień, ale to jest abso­lut­nie niedo­puszczalne, jeśli jedzie się tylko na tydzień. Doda­jmy, że od pię­ciu lat nie miałam więcej niż tydzień urlopu na raz więc wyglą­da na to, że wpadłam na swoisty waka­cyjny para­graf 22.

 

 

Ponieważ jed­nak zbliżała się burza (ta o 11) mat­ka zaor­dynowała, że jedziemy do Koś­cieliskiej i najwyżej się wyco­famy jak będzie padać. Miała też pomysł by prze­jść z Koś­cieliskiej do Cho­chołowskiej, ale tu pojaw­iła się moja obawa przed niedźwiedziem. Widzi­cie jak­iś czas temu zachę­cony brakiem turys­tów w tatra­ch niedźwiedź zaczął reg­u­larnie schodz­ić do Koś­cieliskiej i najpewniej prze­by­wa właśnie gdzieś w tamtej okol­i­cy. Co ciekawe, mój lęk przed zem­stą niedźwiedzia nie jest zupełnie nieuza­sad­niony, bo dosłown­ie dwa dni temu szłyśmy ścieżką, na której potem go widziano, więc w mojej głowie pojaw­ił się już cały hor­ror, w którym niedźwiedź próbu­je zjeść mnie oso­biś­cie. Co praw­da mat­ka Zwierza tłu­maczyła mu, że niedźwiedź naprawdę nie jest ze mną na oso­bis­tej wojen­nej ścieżce, ale jej łat­wo mówić ona najwyżej zwieje do góry zostaw­ia­jąc mnie na past­wę dzikiego mieszkań­ca Tatr.

 

W każdym razie poszłyśmy Koś­cieliską, która jest najbardziej zatłoc­zonym miejscem w Tatra­ch co jak pode­jrze­wam przeszkadza abso­lut­nie wszys­tkim, ale mnie do pewnego stop­nia bawi, bo mogę pod­słuchi­wać ludzi. Pod­słuchu­ję głównie rodz­iców z dzieć­mi. Rodz­ice mówią dzieciom, że jeśli nie będą mówiły to się nie zmęczą idąc pod górę, że jeśli nie będą bie­gały to się nie zmęczą idąc pod górę, że jeśli nie będą szły za rękę to będzie im łatwiej, że jeśli będą liczyć kro­ki to będzie szy­b­ciej. Ogól­nie rodz­ice mówią dzieciom wiele rzeczy poza okrut­ną prawdą, że chodzeni pod górę zawsze jest męczące, nawet jak się jest dorosłym i idzie się zupełnie samemu, w mil­cze­niu, równomiernym tem­pem. Jak nie jest męczące to nie jest pod górę. Rodz­ice powin­ni szy­b­ciej uświadami­ać swoim dzieciom, że życie nie niesie żad­nego pocieszenia poza szar­lotką i herbatą na końcu trasy.

 

 

Ponieważ tłumy są jed­nak męczące co pewien czas odbi­jałyśmy w bok zro­bić krok czy dwa w kierunku jask­i­ni czy bocznego szlaku, bo mat­ka Zwierza poszuki­wała jezio­ra (nie tego jezio­ra co myśli­cie tylko jakiegoś innego). W pewnym momen­cie doszłam do wniosku, że wzmi­ankowane przez matkę jezioro w ogóle nie ist­nieje tylko jest to per­fid­na pró­ba zag­o­nienia mnie pod górę w miejs­cu, gdzie jest zupełnie płasko. Kiedy próbowałam ją namówić na prz­er­wę wskazu­jąc pię­kno górskiego potoku, mat­ka moja rzekła tylko „Kasia, to się nazwa woda” i poszła dalej. Ponoć ludzie chodzą po górach dla metafizy­cznych zach­wytów, ale najwyraźniej jedy­na rzecz jaka zach­wyca moją matkę to fakt, że w schro­nisku na Ornaku nie ma zasięgu więc abso­lut­nie nikt nie jest jej w stanie wysłać maila z pra­cy. „Mogłabym tu poczy­tać” rzekła mat­ka, tak jak­by nigdy nie zna­j­dowała cza­su na czy­tanie w nor­mal­nych warunk­ach (żeby było jasne mat­ka Zwierza zaczy­na właś­ci­wie każdy dzień od zda­nia „fajną książkę wczo­raj czy­tałam i za każdym razem mówi o innej książce).

 

Nie da się spaceru do Koś­cieliskiej nazwać wycieczką choć muszę przyz­nać, że mam wraże­nie, że ów spac­er prze­ciążył jak­iś ostat­ni sys­tem w moim orga­nizmie, bo po powro­cie okaza­ło się, że nad­wyrężyłam sobie kostkę w nodze prawej, zaś na nodze lewej coś mnie ugryzło tak bard­zo, że mam po trzech dni­ach dwa razy tyle nogi. Mat­ka Zwierza sko­men­towała ten fakt z nies­makiem twierdząc, że to moja sła­ba kondy­c­ja (najwyraźniej gdy­bym tak jak ona przez całą pan­demię chodz­iła tam i z powrotem po kory­tarzu mieszka­nia 10 tys. kroków dzi­en­nie to mój orga­nizm sam zwal­czył by reakcję uczu­le­niową na ugryzienia) i wyraża­jąc głębok­ie niezad­owole­nie, że utykam. Po zlus­trowa­niu mojego ugryzienia na nodze mat­ka dodała, że prze­cież to nie ona mnie ugryzła więc powin­no być dobrze, zaś kiedy wskaza­łam jej, gdzie mnie boli noga prawa stwierdz­iła, że to żad­na kost­ka tylko coś wyżej i naprawdę tam nie ma nic ważnego.

 

 

Tu należy dodać, że zostałyśmy w ogóle oszukane przez burzę. Ta która miała być o jede­nastej została przez nasze aplikac­je przełożona na godz­inę czter­nastą i w chwili, w której to piszę po godzinie dwudzi­estej pier­wszej jeszcze nie nadeszła choć straszyła nad Zakopanem. Reakc­ja mat­ki na takie postępowanie pogody była jak najbardziej racjon­al­na – zagroz­iła ona głośno aplikacji pogodowej (a właś­ci­wie aplikacjom) że jeśli nie zaczną podawać właś­ci­wiej pogody to je odin­stalu­je. Miejmy nadzieję, że zrozu­mieją te groź­by. Co ciekawe, ponieważ wyprawa była krót­ka. nie zasłużyłam dziś na popołud­niową drzemkę, więc udało się nam nadro­bić kilka­naś­cie tysię­cy kroków. To ucieszyło matkę, która stwierdz­iła, że ze 150 punk­tów kar­dio które powin­na wyro­bić w tym tygod­niu ma już 194 co jest pewnym osiąg­nię­ciem biorąc pod uwagę, że jest poniedzi­ałek.

 

O ile na drzemkę nie zasłużyłam to mat­ka powiedzi­ała, że ma ochotę na imieni­nowego drin­ka (którego wyp­iłyśmy led­wie z jednod­niowym pośl­izgiem) i kolację. Ponieważ obie mamy słabość do krup­niku z Małej Szwa­j­carii (najlep­sza restau­rac­ja w mieś­cie) udałyśmy się tam by zjeść krup­nik na spółkę. Nie był to nasz pier­wszy raz, ponieważ dokład­nie to samo zro­biłyśmy wczo­raj. Jed­nak w prze­ciągu jed­nego dnia zaszła fun­da­men­tal­na zmi­ana. O ile w niedzielę krup­nik podawano w kociołku, z którego łat­wo rozle­wało się do dwóch mis­ek o tyle w poniedzi­ałek zupę podawano w jed­nej bard­zo wysok­iej misce. Jadłyśmy wiec krup­nik z jed­nego talerza w ele­ganck­iej restau­racji stara­jąc się wyglą­dać mniej więcej dystyn­gowanie. Być może to mnie zgu­biło, bo zabrałam się za jedze­nie zbyt szy­bko i poparzyłam sobie usta wrzącą zupą. Mat­ka Zwierza bard­zo się z niego śmi­ała po czym włożyła do ust łyżkę z gorącą zupą i poparzyła sobie gardło. Chci­ałabym nad­mienić, że na ogół jesteśmy całkiem inteligentne a niek­tóre z nas mają nawet tytuły naukowe.

 

 

Kiedy – z tru­dem idąc na moich pogryzionych i nad­wyrężonych nogach spy­tałam mamy jakie są plany na jutro powiedzi­ała radośnie, że jutro Kasprowy. Kiedy zapy­tałam co będziemy robić, jeśli jutro będzie padać stwierdz­iła, że będziemy po pros­tu moknąć na Kasprowym. Wy czy­ta­j­cie a ja idę szukać tego niedźwiedzia to jest jakieś rozwiązanie.

0 komentarz
8

Powiązane wpisy