Home Ogólnie Niech zjedzą pięć ciastek czyli czy blogowanie to trudna praca?

Niech zjedzą pięć ciastek czyli czy blogowanie to trudna praca?

autor Zwierz
Niech zjedzą pięć ciastek czyli czy blogowanie to trudna praca?

Dziś będzie branżowo bo zwierz się branżowo nieco ziry­tował. Po czym postanow­ił wyraz­ić swo­ją frus­trację na blogu no bo gdzie. A wszys­tko za sprawą tek­stu na blogu „Kry­ty­ka Kuli­nar­na” który myśl ma nawet słuszną ale już sposób wyko­na­nia – zde­cy­dowanie groszy. Ale bardziej niż samą blogerką zwierz chci­ał­by się zająć kwest­ią i pytaniem. Czy blo­gowanie to cięż­ka pra­ca.

Zaczni­jmy od wstępu dla ludzi którzy mają nor­malne życie i nie zaj­mu­ją się mon­i­torowaniem blo­gowych perypetii (mniemam, że to więk­szość z was). Jak­iś czas temu autor­ka blo­ga poświę­conego kuli­nar­i­om i podróżom napisała u siebie tekst w którym pisała ogól­nie o wadach tak­sówek i negaty­wnych zachowa­ni­ach tak­sówkarzy. Jak­iś czas potem pojaw­ił się tekst rekla­mu­ją­cy aplikację mytaxi –który jas­no oznac­zony jako spon­sorowany, pod­powiadał że tak­sów­ki zamówione z tej aplikacji powin­ny być lep­sze a tak­sówkarze nie spraw­iać takich kłopotów jak ci opisani wcześniej. Typowy wpis spon­sorowany z cyk­lu „Wszyscy są źli poza tą jed­ną fir­mą co zła nie jest” – nic spec­jal­nego. Nie mniej rozpę­tała się mała blo­gowa afera bo część osób zaczęło pode­jrze­wać, że ów pier­wszy wpis wymieni­a­ją­cy wady tak­sówek i tak­sówkarzy też był spon­sorowany i miał stworzyć taki ład­ny wstęp do późniejszej współpra­cy reklam­owej. Jak było? Może­my założyć, że bloger­ka która sama pięt­nowała w niek­tórych swoich wpisach nieucz­ci­we zachowa­nia blo­gos­fery raczej nie zde­cy­dowała­by się na taki krok. Nie mniej wiele osób poczuło się znies­mac­zonych, cho­ci­aż­by fak­tem że po tekś­cie kry­ty­cznym wobec tak­sówek dość szy­bko pojaw­ił się tekst pozy­ty­wny, z którego być może za bard­zo promieniowała chęć zareklam­owa­nia pro­duk­tu i firmy.

 

 

Zamkni­jmy akt pier­wszy rozpoczni­jmy akt dru­gi. Tu bloger­ka napisała wpis. Wpis pisany ostrym dość aro­ganckim językiem – ale to aku­rat jest charak­terysty­czne dla całego blo­ga, który taki już jest. Moż­na się nie zgadzać czy zgadzać z tym jak odnosi się do czytel­ników i jak broni swo­jego prawa do naw­iązy­wa­nia współprac reklam­owych na zasadach które jej się podoba­ją ale wielkiej kon­trow­er­sji tu nie ma – ot po pros­tu kole­jny bloger który ma prob­lem z dość gwał­towną reakcją czytel­ników na tekst spon­sorowany. Dla mnie zwyk­le jest to znak że jed­nak tekst spon­sorowany nie był przy­go­towany dobrze, bo coraz więk­sza gru­pa czytel­ników dobrze reagu­je na posty spon­sorowane jeśli ma poczu­cie, że rzeczy­wiś­cie zostały napisane w zgodzie z jakimś wewnętrznym kom­pasem bogera i pasu­ją do jego blo­ga. Jeśli jed­nak tekst za bard­zo pach­nie reklamą – nawet jeśli intenc­je auto­ra były inne – wtedy częs­to czytel­ni­cy reagu­ją pode­jr­zli­wie albo agresy­wnie. To bywa frus­tru­jące zwłaszcza w przy­pad­ku autorów którzy stara­ją się być zawsze rzetel­ni nieza­leżnie od tego jaki rodzaj wpisu piszą i czy ktoś im za to płaci czy nie.

 

 

Gdzie więc jest prob­lem? Otóż wpis rozpoczy­na dość dłu­ga opowieść o tym jak trud­nym i wyma­ga­ją­cym zawo­dem jest blo­gowanie o jedze­niu i podróżach. Mamy tam więc opisy jak bloger­ka nie ma urlopu, musi jeźdz­ić wszędzie z zegarkiem i planem dnia by zobaczyć wszys­tko. Jak idąc do ciastkarni zamaw­ia kil­ka ciastek a do restau­racji kil­ka dań – tylko po to by napisać jak najlep­szą recen­zję. Jak częs­to zdarza się jej czymś zatruć albo w ekstremal­nych sytu­ac­jach – jak jaz­da auto­busem czy pociągiem —  pisać kole­jne wpisy. Do tego jest przyk­le­jona do tele­fonu bo odpowia­da na maile non stop. A głupi ludzie tego nie widzą i nie doce­ni­a­ją. Obraz rysu­je się więc taki – blo­gowanie to trud­na pra­ca, moż­na nawet powiedzieć cięż­ka pra­ca, pożer­a­ją­ca pieniądze stąd zara­bi­an­ie jest psim prawem blogera i niko­mu nic do tego ile i jak zara­bia. I tu zwierz ma prob­lem. Nie z drugą częś­cią zda­nia – bo zwierz też nie jest wiel­bi­cielem zaglą­da­nia sobie do port­fe­li (nie wychodzi z tego nic poza zaz­droś­cią) ale z tym jak autor­ka kreu­je pracę blogera. Bo moi drodzy pra­ca blogera to nie jest cięż­ka pra­ca.

 

 

Zaczni­jmy po kolei – co to znaczy cięż­ka pra­ca. Dla niek­tórych ciężką pracą jest pra­ca fizy­cz­na – tu sym­bol­em jest oczy­wiś­cie ten słyn­ny górnik który jak wszyscy wiemy utożsami­any jest z tą najtrud­niejszą i najbardziej wyma­ga­jącą pracą. Praw­da jest taka, że ciężar pra­cy to trochę bardziej skom­p­likowane zagad­nie­nie. Po pier­wsze – tak pra­ca fizy­cz­na jest zazwyczaj pracą ciężą pod tym wzglę­dem że nie ma zmiłuj – trze­ba wymęczyć orga­nizm (cza­sem pon­ad siły) otrzy­mu­jąc za to zwyk­le niskie wyna­grodze­nie i nis­ki sta­tus społeczny. Ponieważ coraz mniej z nas ma wśród zna­jomych oso­by pracu­jące fizy­cznie (bard­zo wiele ele­men­tów pra­cy czys­to siłowej zostało jed­nak zau­tomaty­zowanych) to pra­ca ta zwyk­le jest dla nas czymś odległym i dość sym­bol­icznym. Nie mniej – niech cieszy się ten kto nie pracu­je fizy­cznie bo to naprawdę jest ciężkie życie. Zwłaszcza, że nawet jeśli nie przyno­sisz pra­cy do domu to przyno­sisz ze sobą zmęcze­nie, które utrud­nia ciesze­niem się tym co stanowi dla nas częs­to pod­stawę spędza­nia cza­su wol­nego. Jak się popracu­je osiem godzin w fab­ryce to potem człowiek mniej ochoc­zo idzie na spac­er czy jeździ na row­erze. Mniej ochoc­zo robi cokol­wiek bo po poros­tu jest fizy­cznie zmęc­zony. Jed­nak wysiłek nie jest jed­nym ele­mentem który powin­niśmy roz­pa­try­wać – drugim jest kwes­t­ia stre­su i kon­sek­wencji źle wyko­nanej pra­cy. Tu na pier­wszy front wysuną się nam wszyscy pra­cown­i­cy służ­by medy­cznej – od pielęg­niarek i ratown­ików po wyspec­jal­i­zowanych chirurgów którzy codzi­en­nie pode­j­mu­ją trudne decyz­je, też pracu­ją w dużym stop­niu fizy­cznie i częs­to są tam gdzie nikt nie chce być. Niem­niej w tej grupie mogą się znaleźć też oso­by które zarządza­ją duży­mi suma­mi pieniędzy – bo jeśli popełnią błąd to kon­sek­wenc­je dla nich i dla innych mogą być bard­zo duże. Stąd nie należy uznawać, że CEO wielkiej firmy zajeżdża­ją­cy pod pracę mer­cedesem ma na pewno cud­ne życie. Od niego dużo zależy i nie może wziąć po pros­tu chorobowego. Jest zbyt ważny by móc sobie poz­wolić na taki luk­sus. Na ciężar pra­cy wpły­wa też jej środowisko – weźmy takich nauczy­cieli – nawet jeśli wychodzą z miejs­ca pra­cy wcześniej niż więk­szość osób to jed­nak spędza­ją całe dnie w hałasie i muszą wykazy­wać się dużą czu­jnoś­cią by dobrze zaopiekować się – zwłaszcza młod­szy­mi dzieć­mi.

 

 

 

 

Ponown­ie jed­nak to nie wszys­tkie aspek­ty świad­czące o ciężarze pra­cy. W przy­pad­ku zawodów wol­nych i intelek­tu­al­nych tym co jest najtrud­niejsze to wyjś­cie z pra­cy. Naukow­cy nie kończą zajęć i nie wraca­ją do domu tylko noszą swo­ją pracę wszędzie tam gdzie wezmą ze sobą swój mózg. Jed­nocześnie – ponieważ to taki zawód – bard­zo częs­to są oce­ni­ani i właś­ci­wie nie ma momen­tu w ich kari­erze kiedy mogą sobie darować czy zamknąć drzwi w piątek i ponown­ie zacząć myśleć dopiero w poniedzi­ałek. To zresztą tyczy się wszys­t­kich zawodów twór­czych – z blo­gowaniem włącznie. Właśnie ta trud­ność w zachowa­niu odpowied­nich pro­por­cji pomiędzy cza­sem wypoczynku a cza­sem pra­cy jest najczęś­ciej przy­woły­wanym dowo­dem na to, że człowiek pracu­ją­cy głową wcale się nie leni bo wbrew temu co się wyda­je – nie ma życia mniej wypełnionego pracą ale bardziej. Do tego dochodzą kwest­ie tech­niczne o których się częs­to zapom­i­na – prac fizy­cz­na jest mało zdrowa (zwłaszcza kiedy wykonu­je się ją bez poszanowa­nia zasad BHP) ale siedze­nie dzień w dzień przy kom­put­erze czy nad książką – też do najzdrowszych nie należy. Zwłaszcza wtedy kiedy pisanie z obow­iązku i dla rozry­w­ki niebez­piecznie się ze sobą zle­wa. Pra­cow­anie głową też męczy fizy­cznie — bo jed­nak nie da się ukryć myśle­nie potrafi zmęczyć. Zwłaszcza jeśli myślimy na skom­p­likowany­mi zagad­nieni­a­mi.

 

 

Tu warto zaz­naczyć, że potenc­jal­nie – każ­da pra­ca może być cięż­ka. Tu decy­du­ją warun­ki w jakich pracu­je­my — zwłaszcza  sto­sun­ki z naszym pra­co­daw­cą. Cza­sem nawet proste zadanie wykony­wane w stre­sie potrafi być bard­zo trudne i kosz­tu­jące nasz dużo ner­wów, energii i zdrowia. Cza­sem niema żad­nego sze­fa – sami jesteśmy sobie pra­co­daw­cą i zwyk­le – jesteśmy pra­co­daw­cą naj­gorszym – mają­cym niesamowicie wysok­ie  wyma­gania i nie sto­su­ją­cym się do żad­nych zasad prawa pra­cy. Nie zmienia to fak­tu, że każ­da – nawet pozornie ide­al­na i proś­ci­ut­ka pra­ca może unieszczęśli­wiać, być olbrzymim ciężarem w życiu i zatruwać nam codzi­en­ność. Wystar­czy tylko że będziemy pra­cow­ać w niesprzy­ja­ją­cych warunk­ach, będziemy się nudz­ić, bać albo po pros­tu będziemy czuli, że to jest coś czego bard­zo nie chce­my robić. Jed­nocześnie wierzę że każ­da pra­ca może być źródłem olbrzymiej satys­fakcji – jeśli speł­nia te potrze­by jakie w danym momen­cie mamy. Jeśli komuś pra­ca nawet nud­na przynosi dobre zarob­ki —  i to daną osobę intere­su­je – wtedy jest dobrze. Jeśli ktoś lubi pracę fizy­czną – wtedy też jest to dobra pra­ca – może nawet nie taka cięż­ka. To jest jed­nak rzecz dość subiek­ty­w­na. Na pewno dużo bardziej skom­p­likowana od prostego „ciężko to ma górnik”.

 

 

 

To powiedzi­awszy chce stwierdz­ić wprost. Pra­ca blogera nie jest ciężką pracą. Przy­na­jm­niej moim zdaniem (ogól­nie cały post jest moim zdaniem, ale co mi tam – pod­kreślę to tu trochę moc­niej). Istot­nie – jest pracą wyma­ga­jącą. Bard­zo częs­to czasochłon­ną. Potrafi być niekiedy niesły­chanie stre­su­ją­ca. Ale nie jest sama w sobie cięż­ka. Dlaczego tak uważam ? Z kilku powodów.

Po pier­wsze – kwes­t­ia tego jakie wyma­gania narzucimy sobie jako autorom. Nawet bard­zo wysok­ie stan­dardy przy­go­towa­nia do tek­stu wychodzą od nas samych. Co znaczy, że to my staw­iamy sobie cele. To sytu­ac­ja zupełnie inna, niż taka w której coś się nam narzu­ca. Byłam w obu sytu­ac­jach i zapew­ni­am was, że pisanie tek­stu na włas­nych warunk­ach jest sytu­acją bard­zo luk­su­sową. I tak jasne – żeby napisać niedawny tekst o Vivien Leight obe­jrza­łam wszys­tkie jej filmy (które jed­nak trwa­ją swo­je), kupiłam i przeczy­tałam dwie książ­ki, spędz­iłam sporo cza­su na oglą­da­niu i czy­ta­niu artykułów i wywiadów. Tylko, że sama postanow­iłam że to zro­bię. W związku z tym nie mogę mieć do niko­go pre­ten­sji ani też kazać się za to podzi­wiać. Po pros­tu spełniłam własne wyma­gania. Jeśli autor­ka uważa że musi w ciastkarni zamówić pięć ciastek aby napisać dobrą recen­zję to bard­zo dobrze. Ale speł­ni­an­ie włas­nych wyma­gań wzglę­dem siebie nie jest dla mnie syn­on­imem ciężkiej pra­cy. Czy było to czasochłonne? Tak. Czy być może spędz­iłam więcej cza­su pracu­jąc niż pani która wychodzi z pra­cy do domu i idzie posiedzieć u siebie? Praw­dopodob­nie. Ale nadal — sama sobie wyz­naczyłam ten cel i sama go speł­ni­ałam. Jakoś  dla mnie to jest coś zupełnie innego niż speł­ni­an­ie wyma­gań pra­co­daw­cy. Zwłaszcza, że jed­nocześnie — miałam świado­mość, że tekst mogłabym napisać przy połowie tej pra­cy. Dodawanie sobie samemu pra­cy kiedy się ma na to siłę i ochotę — uzna­je za coś co nie czyni pra­cy ciężką.

 

 

Po drugie – jed­nak to co bloger­ka opisała jako trudy pra­cy bloger­skiej naprawdę nie prezen­tu­je się tak stras­zli­wie na tle tego co ludzie robią na co dzień. Jasne – zwierz sam wie – bycie blogerem bywa zaję­ciem zaskaku­ją­co czasochłon­nym i niekiedy – czytel­nikowi trud­no sobie wyobraz­ić że kiedy on śpi bloger pro­duku­je kole­jny tekst. Jako oso­ba która od dziewię­ciu lat niemal codzi­en­nie pisze blo­gowy tekst i robi to częs­to po nocy też się dzi­wię że mi się chce. Ale jed­nocześnie – doskonale zda­ję sobie sprawę że całe mnóst­wo piszą­cych osób robi dokład­nie to samo. Jaka jest różni­ca? Jak bard­zo mi się nie chcę to mogę tą pracę sobie rozbić. Część napisać wiec­zorem, część rano. Mogę zro­bić kwad­rans prz­er­wy na gapi­e­nie się na zdję­cia McAvoya. Mogę ode­jść od kom­put­era, mogę go zabrać do kaw­iarni. Mogę – nawet jak się stre­su­ję czy zna­jdę wi-fi wrzu­cić post o godz­inę później. A jak nie wrzucę to bard­zo rzad­ko coś naprawdę złego się stanie. I to jest taki luk­sus o którym łat­wo zapom­nieć. Tak więc nawet jak cza­sem blo­gowanie jest pra­cochłonne to jed­nak atmos­fera takiej pra­cy – przy­na­jm­niej w założe­niu jest inna. I piszę to jako oso­ba która pracu­je też zawodowo w nor­mal­nym miejs­cu pra­cy do którego chodzi i które bard­zo lubi. Mam niesły­chanie luk­su­sowe miejsce pra­cy. Sym­pa­ty­czne, ciepłe, częs­to bard­zo intere­su­jące. Pracę która jest elasty­cz­na i pozwala mi na wiele. I nadal siedze­nie osiem godzin w pra­cy — w określonym miejs­cu, wykonu­jąc powier­zone mi zada­nia, pod nad­zorem (acz ciepłym i lekkim) jest bez porów­na­nia bardziej męczące niż to co robię w pozostałe dni kiedy bie­gam po mieś­cie jak dzi­ki kró­lik w sprawach blo­gowych albo wtedy kiedy piszę pół dnia.  Dla mnie ta różni­ca  w nastaw­ie­niu psy­chicznym jest tak duża że blo­gowanie zawsze wygry­wa.

 

 

Po trze­cie – blo­gowanie jest w więk­szość przy­pad­ków zawo­dem wybranym. Zawo­dem w którym pracu­je się nad tym co się lubi. Co więcej, jest się samemu sobie sterem, żeglarzem okrętem. Pisać o tym co się lubi to luk­sus. Pisać  tym co się lubi i samemu decy­dować jak się to zro­bi, to luk­sus niedostęp­ny dla bard­zo wielu ludzi pracu­ją­cych w medi­ach czy w nauce. Jasne – z takiej samodziel­nej pra­cy wynika­ją dodatkowe zobow­iąza­nia ale ponown­ie – nadal to jest zde­cy­dowanie lep­sza sytu­ac­ja zawodowa niż więk­szoś­ci osób.  Nie znaczy to, ze nie ma wyzwań – jasne, że są. Trze­ba poradz­ić sobie z ciągłą oceną, hejtem czy cho­ci­aż­by wpisa­mi polemiczny­mi. Człowiek jest cały czas oce­ni­any. Prestiż społeczny jest taki rzekłabym śred­ni. Ale wciąż pod koniec dnia wykonu­je się wybrany zawód (jak niewiele osób robi to co naprawdę chce), pisze się o tym o czym się chce i robi się to na włas­nych zasadach. Jak­by nie patrzeć – to są bard­zo kom­for­towe warun­ki.  Na pewno dużo bardziej kom­for­towe niż więk­szoś­ci piszą­cych dzi­en­nikarzy którzy głównie zaj­mu­ją się wykony­waniem czyichś pole­ceń. Albo naukow­ców którzy muszą się tłu­maczyć dlaczego piszą to co piszą. Albo pis­arzy którzy piszą co chcą ale jed­nocześnie — cią­gle mają na ple­cach odd­ech wydaw­cy. I tak jasne — pisanie blo­ga bywa uciążli­we, ale naprawdę bez porów­na­nia mniej niż wiele innych zawodów w których się pisze dla kogoś czy pod czy­imś nad­zorem.  Jed­nocześnie zgodzę się — to nie jest tak czytel­niku, że gdy­byś założył dziś blo­ga to jutro pław­iłbyś się w lajkach. Bez wiedzy, kom­pe­tencji i cza­su nic nie osiąg­niesz. Ale jed­nocześnie — wyko­rzys­tu­jesz te umiejęt­noś­ci do budowa­nia czegoś włas­nego, co przy­czyni się do two­jej satys­fakcji i dobroby­tu. Jak­by nie patrzeć — to bard­zo dobra sytu­ac­ja.

 

 

No i na końcu kwes­t­ia czwarta. Myślę, że nie jest dobrze tworzyć wiz­ję w której pra­ca musi być nie wiado­mo jak cięż­ka i nieprzy­jem­na by zasługi­wała na zapłatę. Pisanie tego blo­ga jest bard­zo przy­jemne. To moja ulu­biona for­ma spędza­nia cza­su. Ogól­nie jak nie piszę blo­ga to głównie myślę, żebym sobie coś napisała. A jed­nocześnie – uważam że fakt iż pisanie mnie bawi i przy­chodzi mi z relaty­wną łat­woś­cią nie znaczy że nie zasługu­je na wyna­grodze­nie. Zasługu­je nie dlat­ego, że się męczę ale dlat­ego, że robię coś co się ludziom podo­ba (właś­ci­wie to jakiejś grupie ludzi), potrafię więcej niż raz wykon­ać powier­zone mi zadanie i stworzyłam i tworzę wokół pisa­nia społeczność. Nie muszę się niesamowicie męczyć by blog był pop­u­larny, czytel­ni­cy zad­owoleni a ja usatys­fakcjonowana. Ale jed­nocześnie – jeśli ktoś chce sko­rzys­tać z moich umiejęt­noś­ci – powinien za to zapłacić. Sto­larz nie musi zbi­jać stołu w mękach by wypadało zapłacić za efekt koń­cowy. Z pisaniem jest tak samo. Jed­nocześnie – tak to praw­da – pisanie blo­ga tak by odniósł sukces wyma­ga pewnych umiejęt­noś­ci. Pra­cow­itoś­ci. Sys­tem­aty­cznoś­ci. Cza­sem poświęceń. Nie zawsze jest łat­wa. Ale nadal – to jest pra­ca tak satys­fakcjonu­ją­ca że jed­nak trud­no ją uznać za ciężką. Wyma­ga­ją­ca to dużo lep­sze słowo. Mogę roz­maw­iać z kimś kto jas­no mówi “Pisanie blo­ga jako zawód zasługu­je na więk­szy sza­cunek bo jest pracą wyma­ga­jącą odpowied­niego zas­tosowa­nia odpowied­nich umiejęt­noś­ci” ale mam olbrzy­mi prob­lem jak ktoś pisze “Szanu­j­cie mnie bo ja się tu męczę pisząc blo­ga”.

 

 

 

Część osób broni pokazy­wa­nia trudów blo­gowa­nia argu­men­tu­jąc, że dla częś­ci osób pra­ca intelek­tu­al­na i twór­cza niekoniecznie zasługu­je na sza­cunek. Przyz­nam szcz­erze, że wychowana w mojej intelek­tu­al­nej bańce ludzi pracu­ją­cych umysłowo i twór­c­zo nigdy nie przyszło mi do głowy by kre­ować taką pracę na niesamowicie ciężką. Jasne – pewnie dla wielu osób wyobraże­nia o niej są zaskaku­ją­co odb­ie­ga­jące od rzeczy­wis­toś­ci (np. pode­jrze­wam że mało osób myśląc o tych którzy ciężko pracu­ją w week­endy i nie widzą jak doras­ta­ją ich dzieci kieru­je swą myśl ku wykład­ow­com studiów zaocznych. A oni pracu­ją w week­endy tak samo jak ta pani na kasie której jakoś bardziej nam żal) , ale wciąż – to w wielu przy­pad­kach pra­ca w której ludzie robią to co lubią. Pod tym wzglę­dem blo­gowanie jest jeszcze lep­sze – bo nie tylko robi się to co się lubi ale jeszcze nie odpowia­da się przed nikim tylko przed samym sobą. Co jest naprawdę przy­jem­niejsze niż składanie spra­woz­dań z pra­cy naukowej na uczel­ni. Ogól­nie im dalej w las tym bardziej uważam że wszys­tko (dla określonej definicji wszys­tko) jest lep­sze od pra­cy na uczel­ni. Ale to może tem­at na inny tekst.

 

 

Uważam że bycie blogerem to super sprawa. Jeśli człowiekowi uda się znaleźć odpowied­nią niszę, jeśli ma na siebie pomysł i chęć do pra­cy to może bard­zo szy­bko zdobyć bard­zo wiele. Nie tylko finan­sowo, choć kasa także się liczy. Nie umiem prze­jść zupełnie do porząd­ku dzi­en­nego nad tym, że pisanie blo­ga jest pracą intrat­ną. Może to się nie podo­ba ale kiedy za napisanie tek­stu które zaj­mu­je mi kil­ka godzin (max) dosta­je tyle samo pieniędzy co za miesiąc przy­chodzenia do pra­cy na osiem godzin dzi­en­nie to jed­nak nie jest mi trud­no powiedzieć, która pra­ca jest dla mnie łatwiejsza. To się może nie podobać ale nie ma co ukry­wać. Pieniądze ułatwia­ją sprawę (a do tego nie idzie za nimi najczęś­ciej odpowiedzial­ność za innych — co zatruwa wysok­ie zarob­ki w zawodach gdzie wiążą się one z hier­ar­chią zawodową). A jed­nocześnie – bycie blogerem – zwłaszcza takim odnoszą­cym sukcesy, to jest moim zdaniem jed­nak pewien przy­wilej. Bo robi­e­nie zawodowo tego co się wybrało jest przy­wile­jem. A dostaw­ian­ie pieniędzy za pisanie o tym co jest naszą pasją – jest czymś co chy­ba wszyscy przy­wital­ibyśmy z radoś­cią. Jed­nocześnie jestem głęboko przeko­nana, że nie tylko cięż­ka, przyg­ni­ata­ją­ca do zie­mi i wyma­ga­ją­ca poświęceń pra­ca jest waż­na. To bard­zo niebez­pieczny sposób myśle­nia. Waż­na jest taka pra­ca która daje coś innym i która daje satys­fakcję pracu­jące­mu. Bycie blogerem jest dobrą pracą. Kto wie czy nie jed­ną z najlep­szych. Być może w chwili kiedy sta­je się ciężarem należy się zas­tanow­ić nad tym czy jej nie zmienić. I tak bycie blogerem wyma­ga kom­pe­tencji. Cza­sem dużo bardziej rozbu­dowanych niż się ludziom wyda­je. Ale nadal – czy to z miejs­ca czyni pracę ciężką? No niekoniecznie.

 

Nie mam prob­le­mu by napisać: Gdy­bym pra­cow­ała tylko jako bloger­ka miałabym łatwiej od górni­ka, lekarza, nauczy­ciela czy nawet wiecznie chorych pań księ­gowych. Miałabym też łatwiej niż nieje­den dzi­en­nikarz. Ale to moim zdaniem nie zmienia fak­tu, że mogę się doma­gać sza­cunku dla mojego zawodu, zapłaty za pracę, doce­nienia umiejęt­noś­ci. Zresztą mogłabym to ekstrapolować na wszys­tkie zawody uważane za łatwiejsze. I chy­ba to jest w sum­ie moja głów­na myśl. Nie rób­my z siebie męczen­ników tylko po to by udowod­nić że należy się nam sza­cunek i wyna­grodze­nie. Moż­na robić rzeczy które się lubi i brać z tego kasę. Moż­na mieć w rozlicze­niu bard­zo przy­jem­ny styl życia i nadal brać z tego kasę. Nie mam prob­le­mu by powiedzieć — mam łatwiej niż więk­szość ludzi na planecie. Ale to nie jest dla mnie poniża­jące. Ani uwłacza­jące mnie albo mojej pra­cy. Blo­gowanie nie jest ciężką pracą. Ale jest pracą. Pra­ca nie jest gorsza bo jest lże­jsza. Tylko po pros­tu jest lże­jsza. Póki tego nie ustal­imy póty – przy­na­jm­niej zdaniem zwierza – nie ma mowy byśmy dos­zli z taki­mi prob­le­ma­mi jakie miała autor­ka Kry­ty­ki Kuli­narnej do ładu.

 

Ps: Tak sobie myślę, że jest jeszcze jed­na kwes­t­ia którą moż­na by na mar­gin­e­sie poruszyć. Więc tylko mar­gin­al­nie. Nie jest winą czytel­ni­ka że staw­iamy sobie wysok­ie wyma­gania. Czytel­nik nie musi nam cały czas dziękować za czas i poświęce­nie. To jak­by nie jest ani jego obow­iązek ani nawet — nie ukry­wa­jmy — nie musi się tym szczegól­nie intere­sować. Jasne co pewien czas wszyscy mówimy ‘ej ale wiecie że wpisów nie przynosi w nocy wróż­ka” co nie zmienia fak­tu, że czytel­nik nie jest nam winien wdz­ięcznoś­ci za wpis.

88 komentarzy
0

Powiązane wpisy