Czy Chajzeru wolno hejtu hejtu?

11/11/2018

Będę oglądać Dirty Dancing 70 razy dziennie czyli Czy popkultura może pomóc na złamane serce?

11/11/2018

Miałaś Polsko złoty róg

11/11/2018

Jedenastego listopada 1918 roku skończyła się pierwsza wojna światowa. Konflikt w którym zginęło kilkanaście milionów osób (wedle różnych szacunków) a ponad drugie tyle zostało rannych, doszedł do końca. Na frontach ucichło. Żołnierze zostali odesłani do domów. Wyczekujące na wieści z frontu rodziny odetchnęły z ulgą. Wielka wojna miała zakończyć wszystkie wojny. I miał nastać pokój. A w tym pokoju narodzić się nowy świat, mądrzejszy o doświadczenie, które raz na zawsze miało zmienić myślenie o tym ile warto poświęcić dla obrony granic.

Wróćmy na chwilę do tego momentu sprzed stu lat. Wyobraźcie sobie przez chwilę jaki to musiał być dzień dla wszystkich czekających na swoich bliskich na froncie. Te wszystkie matki, narzeczone i siostry, które odetchnęły z ulgą. Ojcowie, wujkowie i bracia którzy  mogli spokojnie przestać wyglądać wiadomości z frontów. Jaki to musiał być dzień dla wszystkich którym się nigdy nie śniło, że będą mieszkać w niepodległym kraju. Że będą mówić po polsku, że będą mieć prezydenta, premiera, własny rząd i parlament. Jaki to musiał być dzień dla wszystkich którzy pamiętali te czasy kiedy polska niepodległość wydawała się jakąś dziką mrzonką, marzeniem wariata, czy westchnieniem kolejnego romantycznego poety. W tym świecie nadziei było też sporo niepokoju. Pomyślcie o wszystkich tych Polakach którzy całe swoje życie spędzili pod rządami zaborców, może mieli jakieś miłe urzędnicze stanowisko, może pracowali na poczcie czy kolei, i teraz wszystko miało się zmienić. Wśród radości było też sporo niepokoju i niepewności – jak zwykle gdy zaczyna się coś zupełnie nowego i nieznanego. Wszystko było możliwe, więc było o czym śnić i czego się bać. A jednocześnie – w końcu po tylu latach można było powiedzieć – jestem w moim domu, w moim kraju, w mojej ojczyźnie.

Tamta Polska nie była tą Polską w której teraz mieszkamy.  Rzeczy dla nas oczywiste były przecież wtedy jeszcze zupełnie nie ustalone. Mieliśmy się jeszcze bić o granice. Ustalić jaką właściwie walutą będziemy płacić. Jaki rozstaw kół będą miały nasze wagony. Jaka poczta będzie gubiła nasze paczki. Jakie dni będą wolne od pracy. I kto będzie podpisywał najważniejsze dokumenty. Był to kraj miliona problemów. Ale też miliona nadziei. Był to kraj wielu języków i wielu alfabetów. Ludzi którzy swoją wiarę w Boga utwierdzali chodząc do różnych świątyń. Był to kraj w którym jedni przyzwyczaili się do administracji carskiej a inni pruskiej. Jedni wiedzieli że będzie załatwione a inni nie mieli na to najmniejszych nadziei. Był to kraj jeszcze nie przeorany przez wielkie tragedie, które zabrały nam tą całą niesamowitą różnorodność, która na tych ziemiach zawsze była, i stanowiła w równym stopniu problem i dumę. Kto dziś cieszy się z jednokulturowości Polski, ten cieszy się z tragedii jaka nas spotkała.

To, że żyjemy w naszym kraju jest bezpośrednio związane z tymi milionami ofiar wielkiej wojny. Tych które zginęły na froncie pierwszej wojny. Młodych chłopaków którzy nigdy nie spodziewali się, że wezmą udział w takiej wojnie. Bo nikt wcześniej takiej nie widział. I ich śmierć – za granice, układy, politykę i kształt świata – leży u podstaw naszej niepodległości.  Więc jest to dokładnie dzień w którym zamiast myśleć tylko o sobie, trzeba pomyśleć też o nich. O tym okrutnym splocie okoliczności, który sprawił, że nasze radosne narodowe święto jest dniem w którym musimy wspominać ich śmierć.  I chciałoby się powiedzieć, że mamy wobec tych milionów jakiś obowiązek. Obowiązek by kraj który w wyniku ich cierpienia powstał, będzie krajem lepszym i mądrzejszym. Świadomym, tego wszystkiego, czego nie byli świadomi politycy posyłający żołnierzy do okopów. Byłoby to uczciwe i słuszne.

Ale świat nie jest uczciwy i słuszny. Dziś wiemy, że żołnierze powracający z frontu zmagali się z szokiem pourazowym, brakiem poczucia sensu, traumą. Wiemy, że niedługo po zakończeniu wojny przez zmarnowaną wojną Europę, przeszła hiszpanka zabierając życia tym wszystkim którym się wydawało, że już im się upiekło, że wyrwali się z pewnych objęć śmierci. Wiemy, że marzenie o nowym świecie było ulotne a wieczny pokój, okazał się tylko dwudziestoletnią przerwą, przed nowym konfliktem, który sprawił, że Wielka wojna stała się w naszej pamięci mała i niegroźna. I znów mieliśmy po kolejnym konflikcie żyć w nowym świecie pełnym równości i pokoju. I jak zwykle tak się nie stało.

I tą są niesprawiedliwość czuję, gdy Polska świętuje odzyskanie niepodległości marszem ONR i europejskich faszystów, którzy wraz z prezydentem i premierem idą ulicami miasta, które jest żywym pomnikiem do czego prowadzą wojny. Kiedy tak idą to rozumiem, że nadzieje na lepszy świat są płonne. Że niczego się nie uczymy. Jestem też autentycznie osobiście wściekła. Bo nie po to moja rodzina od stu lat pracowała na rzecz polski – nie po to moi przodkowie walczyli w Legionach by teraz tu się odbywały takie rzeczy. Jestem z polsko-żydowskiej rodziny, i ten marsz wyrzuca mnie poza nawias Polski. Mimo, że to jest kraj do którego moi przodkowie byli dość idiotycznie przywiązani. Nikt nas nie był stąd w stanie wykopać, choć przecież raz na jakiś czas się starano. I zawsze zostawaliśmy. W imię prawdziwego żywego przywiązania do kraju. Takiego którego wielu krzyczących „Polska dla Polaków” nigdy nie zrozumie. Nie jest sztuką kochać kraj w którym cię chcą. Sztuką jest kochać kraj w którym cię nie chcą.

Jedenastego listopada skończyła się pierwsza wojna światowa. Polska stała się niepodległym krajem.  Wszystko co jeszcze niedawno wydawało się tylko mrzonką stało się możliwe. Było tyle pracy ale przecież – pod koniec miał być kraj o którym tylu marzyło, i tylu pisało wiersze, o który się kłóciło nawet jeśli żaden ślad granic nie rysował się jeszcze na mapie. Wszystko było pełne nadziei. I gdy dziś patrzę na ulice Warszawy po których spacerują nacjonaliści, to myślę, że te wszystkie nadzieje, na to jaka mogła być Polska płoną wśród tych czerwonych rac, nacjonalistycznych haseł, rasistowskich okrzyków i faszystowskich gości. Przerażają mnie też ludzie ktorzy lubią o sobie myśleć jako o miłych patriotach i maszeruja w tym marszu obok ONR i nie reagują. Ignorowanie faszyzmu i nacjonalizmu, jego normalizowanie boli mnie nie mniej niż goście z włoskich ugrupowań faszystowskich. Jesli wydaje ci się że spacerowanie obok faszysty jest w porzadku to mamy problem. I choć nie ma na to mojej zgody, czuję tak wielką bezradność, że cieszę się, że tą rocznicę obserwuję z daleka. I choć pojawia się taka myśl, że byłoby miło już zawsze obserwować kraj z dystansu, to wiem, że nigdy stąd nie wyjadę. Bo tylko w Polsce mogę powiedzieć „Miałeś chamie złoty róg”. I wszyscy zrozumieją.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...