Home Tak sobie myślę 10 rzeczy których o związkach nie powiedziały mi komedie romantyczne

10 rzeczy których o związkach nie powiedziały mi komedie romantyczne

autor Zwierz
10 rzeczy których o związkach nie powiedziały mi komedie romantyczne

Kochani ja nie wiem czy wy wiecie, że ja jestem ekspertką od komedii roman­ty­cznych. Widzi­ałam w życiu więcej komedii roman­ty­cznych niż wypa­da. Więcej – mam w głowie całą książkę anal­izu­jącą ten gatunek (hej, jeśli jesteś wydaw­cą który wyda­je książ­ki, które tylko ja chcę przeczy­tać – zadz­woń!). W każdym razie dziś w Dniu Zakochanych ważny post o tym czego o związkach nie powiedzi­ały mi kome­die roman­ty­czne

 

Po pier­wsze – tak jest deszcz, mnóst­wo deszczu. Non stop deszcz. Dlaczego żadne kome­die roman­ty­czne nie powiedzi­ały mi, że moje uczu­cia, nie wpły­wa­ją na cykl krąże­nia wody w przy­rodzie i oprócz roman­ty­cznych let­nich opadów są jeszcze wciąż jesi­enne sło­ty w cza­sie których nie tylko nie masz ochoty na roman­ty­czne wyz­na­nia ale nawet ich nie usłyszysz, bo masz kap­tur na uszach i nie dostrzeżesz bo oku­lary masz całe w kro­plach wody i parze.

 

Po drugie – w żad­nej komedii roman­ty­cznej jaką oglą­dałam nie było nic o zara­tus­tryzmie. W moim związku non stop dowiadu­ję się czegoś nowego o zara­tus­tryzmie. Albo eksporcie warzyw z Holandii, albo o tym jak wyglą­da pro­ces preze­sa Nis­sana, albo o jak­iś przepisach wprowad­zonych na Węgrzech. Serio w kome­di­ach roman­ty­cznych były tylko wspom­nienia z dziecińst­wa, a nie sys­tem głosowa­nia w prawyb­o­rach w Iowa.

 

Po trze­cie – żad­na kome­dia roman­ty­cz­na nie mówi jak istot­na dla związku jest dru­ga koł­dra. Albo trze­cia. Albo kocyk. Albo pogodze­nie się z tym, że być może jed­na oso­ba potrze­bu­je co najm­niej dwóch kołder i trzech poduszek i łóż­ka na którym moż­na się położyć na skos, do spoko­jnego snu. Niek­tórzy mają nat­u­ralne instynk­ty zabor­cze i nie moż­na ich surowo oce­ni­ać.

 

Po czwarte – jasne to praw­da że w związku co pewien czas ktoś lądu­je na lot­nisku, ale nie ma w tym nic roman­ty­cznego. To, że ktoś jest na lot­nisku, znaczy, że nie ma go w domu i nie może ci podać pilota do telewiz­o­ra który leży te cztery cen­tym­e­try poza zasięgiem two­jej ręki. Co więcej zwyk­le okazu­je się ostate­cznie, że miał być w domu o ósmej ale nie będzie bo wraca z prze­si­ad­ką samolotem z Pra­gi. Z prze­si­ad­ką!

 

Po piąte – w kome­di­ach roman­ty­cznych o jego serce rywal­izu­je z tobą jakaś pięk­na brunet­ka, na szpilkach która pochy­la się nad nim zmysłowo w cza­sie pra­cy. Ewen­tu­al­nie jakaś była ukochana, która powraca by go odbić. Albo jakaś miła dziew­czy­na, na którą on zwraca zde­cy­dowanie za dużo uwa­gi, kiedy ty chlip­iesz w kątku. W realu prze­gry­wasz o kil­ka dłu­goś­ci z Poke­mon­a­mi na Nin­ten­do Switch, i nawet nie możesz się skarżyć bo dostał tą kon­solę od ciebie.

 

Po szóste – w kome­di­ach roman­ty­cznych bohater­ki co chwila prze­bier­a­ją się w urocze ubra­nia by dobrze wyglą­dać na spotka­ni­ach z ukochanym. W isto­cie związek pole­ga głównie na prze­biera­niu się w wygodne dresy, i ciepłe bluzy oraz długie dyskus­je nad tym czy moż­na wyjść z domu w dresach czy trze­ba udawać nor­mal­nych ludzi i założyć nor­malne spod­nie.

 

Po siódme – kome­die roman­ty­czne przekonu­ją człowieka że wśród arse­nału roman­ty­cznych gestów zna­j­du­ją się przelo­ty balonem nad Nowym Jorkiem, prz­er­wane cer­e­monie ślub­ne, czy kupi­one obrazy wiel­kich mis­trzów. Tym­cza­sem jest tylko jeden prawdzi­wie roman­ty­czny gest – wyjś­cie w grud­niu w niedzielę rano do jedynego sklepu po mleko do kawy, bo się skończyło, a two­ja dru­ga połówka żąda kawy.

 

Po ósme – w kome­di­ach roman­ty­cznych jest zawsze ta wygadana, urocza, sym­pa­ty­cz­na, pew­na siebie przy­jaciół­ka, która wie wszys­tko o życiu sek­su­al­nym ludzi i innych istot żywych. Mało która kome­dia roman­ty­cz­na uświadamia ci, że to nie musi być two­ja przy­jaciół­ka, tylko może to być jego przy­jaciół­ka. Ewident­nie ktoś robiąc cast­ing się pomylił.

 

Po dziewiąte – Sporo jest w kome­di­ach roman­ty­cznych miłos­nych wyz­nań czynionych lis­town­ie, tele­fon­icznie, czy mailowo. Tym­cza­sem najwięk­sze uczu­ciowe wyz­nanie na które moż­na liczyć w formie mniej więcej pisanej, to pół­godzin­na kon­wer­sac­ja w której nic nie pisze­cie tylko wysyła­cie sobie wza­jem­nie gify z foka­mi.

 

Po dziesiąte – ślub to nie jest ostate­czny hap­py end. Nie dlat­ego, że dopiero trzy lata później dowiadu­jesz się, że twój małżonek zna wszys­tkie słowa do musi­calu Koty (po pol­sku) i rozu­miesz że to zupełnie obcy człowiek, ale też dlat­ego, że ślub to tak naprawdę początek. Trochę nie wiado­mo czego ale na pewno – wielu miłych rzeczy.

 

Jak widzi­cie nie ma co pod­dawać się kul­tur­owej wiz­ji roman­ty­cznoś­ci, bo jest ona dzi­u­rawa jak ser szwa­j­cars­ki i fabuła ostat­nich Gwiezd­nych Wojen. Kocha­j­cie kogo chce­cie i jak chce­cie, i niech się dzi­wu­ją ci, którym się wyda­je że ist­nieje jakikol­wiek wzorzec uczuć. A jeśli serce wasze się rwie a jeszcze nie znalazło drugiej połów­ki, to zapew­ni­am was, że gdzieś tam w końcu czeka na was człowiek który wie zde­cy­dowanie za dużo o zara­tus­tryzmie, i każe wam cza­sem zatęsknić za cza­sa­mi kiedy byliś­cie singla­mi.

 

Miłego dnia kochani. Jak­by co to darzy was uczu­ciem pewien Zwierz.

 

 

0 komentarz
6

Powiązane wpisy