Nic nie starzeje się szybciej niż wizje przyszłości. Nawet jeśli ich twórcy stworzą najbardziej sugestywny obraz tego co nas czeka, moment, w którym przekroczymy wyznaczoną przez nich granicę zmian sprawia, że wszystko nagle staje się raczej zapisem przeszłości niż przyszłości. „Terminator 2” niepokoi nieco mniej od kiedy bomby nie wybuchły w latach dziewięćdziesiątych, wciąż nie ubieramy się jak w „Blade Runnerze” i mimo wielu osiągnięć ludzkość nie jest w stanie zaproponować nam latających deskorolek z „Powrotu do przyszłości” (uważam, to za największy zawód jaki przyniosła nam cywilizacja). Starzeją się też narracje dystopijne bo najbardziej przerażającym elementem naszej rzeczywistości jest to, że nikt nie potrafi sobie wyobrazić – jak źle potrafi być. Dlatego wracając do starszych opowieści o przyszłości kluczowe jest zadanie sobie pytania – czy jest w nich jeszcze coś dla nas? Mam wrażenie, że to pytanie zbyt rzadko zadawał sobie Edgar Wright i cała ekipa ekranizująca ponownie „Uciekiniera” czyli „Running Man”.
Przedostatni akapit tekstu zawiera spoilery.
Stephen King pisał swoją dystopijną powieść w latach osiemdziesiątych. Wizja ponurej przyszłości, w której życiem i umysłami ludzi zarządza państwowa telewizja ma całkiem mocne umocowanie w tym jak myślano kilka dekad temu o rozwoju tego medium. Wydawało się, że telewizja jest nie do pokonania a jej moc kształtowania rzeczywistości i narracji – nie mająca żadnej konkurencji. Lata osiemdziesiąte przyniosły nie tylko niepewność i kolejne kryzysy, ale też poczucie, że pewne dawne kulturowe tabu mogą już niedługo zostać złamane. Wizja, że ludzie będą brać udział w teleturniejach, gdzie walczy się na śmierć i życie – mogła rzeczywiście wydawać się logicznym następstwem obserwowanych wokół siebie mechanizmów. Skoro telewizja mogła już niemal na żywo transmitować konflikty zbrojne to, dlaczego nie miałaby w końcu pokazać polowania na uciekającą przed systemem jednostkę. Dodajemy do tego świadomość jak bardzo kraje autorytarne i totalitarne polegały i polegają na państwowych mediach i już można było nakreślić horror dla amerykańskiego odbiorcy. I umieścić go odpowiednio daleko – w mglistym i przerażającym 2025 roku.

Jednak w 2025 roku „Uciekinier” – przynajmniej fabularnie – jawi się jako ramotka. Nie trzeba nas straszyć państwową telewizją szerzącą propagandę. Rzeczywistość okazała się bez porównania straszniejsza – w social mediach narracje rozprzestrzeniają się szybciej niż ktokolwiek jest w stanie zareagować a do tego są zdecentralizowane – nie ma jednej telewizyjnej wieży, w której gromadzi się cała propagandowa machina. Oglądanie śmierci na żywo przestało być czymś co budzi zaskoczenie czy nawet emocje. Jasne ludzie nie rywalizują na śmierć i życie w teleturniejach, ale możemy oglądać tyle śmieci, ile się nam zamarzy (albo ile nas przerazi) – zwykle niewinnych ludzi umierających pod gruzami w kolejnym bombardowaniu. Zresztą czy nie straszniejsze od rywalizacji, gdzie stawką jest śmierć jest pokazywanie całego swojego życia ze świadomością, że trzeba widzom ciągle dostarczać nowych treści, podniet i zwrotów akcji. A co więcej nie w ramach zorganizowanej rozrywki, ale zinternalizowanego przekonania, że to jedyny sposób na awans społeczny. Medialnie jesteśmy w tak innym miejscu, że jeden koszmarny kanał telewizyjny jawi się jako całkiem niezłe antidotum na wszystkie podcasty, w których faceci omawiają tak poważne sprawy jak to czy kobiety mają prawo mieć łokcie.
„Uciekinier” powinien nas przerażać i szokować – przynajmniej w swoim wstępnym koncepcie, ale ten po prostu już dziś nie działa. Zostają więc tylko dwa elementy – czysto sensacyjny i oddania się retro stylistyce. Jako film sensacyjny nowy „Uciekinier” po prostu… jest. Znaczy kolejne rzeczy się dzieją, ale niestety – musimy sobie zdawać sprawę, że aż do końca nasz bohater musi sobie poradzić z przeważającymi siłami wroga. Do tego, jest to zaskakująco grzeczny film, jeśli chodzi o zakres przemocy, co sprawia, że zamiast ciągłego napięcia, przez większość seansu czujemy się dość… bezpiecznie. Jeśli chodzi o retro estetykę to wypada ona rzeczywiście najlepiej, ale mam wrażenie, że jest niespójna. Niekiedy mamy elementy przeniesione prosto z lat osiemdziesiątych – które rzeczywiście działają, niekiedy przeskakujemy do współczesności jak np. wtedy, gdy pojawia się automatycznie kierowany samochód. Cały czas miałam poczucie, że ta dystopijna przyszłość jest bardzo niespójna estetycznie – co dziwi o tyle, że kto jak kto, ale Edgar Wright potrafi stworzyć spójny świat przedstawiony.

Pewnym problemem „Uciekiniera” jest też obsada. Grający drugoplanowe role – Colman Domingo, Lee Pace i Michael Cera, mają w swoich scenach bez porównania więcej charyzmy niż Glenn Powell. I choć rozumiem, że Powell ma tu grać takiego trochę everymana, który okazuje się zaskakująco kompetentny, to jednak – częściej swoje sceny przegrywa niż wygrywa. Zwłaszcza pojedynek z Colmanem Domingo, który jest w tym filmie tak fantastycznie charyzmatyczny, że chociażby dla jego scen opłaca się ten film obejrzeć. Wciąż – mam wrażenie, że Hollywood bardzo by chciałoby Glenn Powell był takim typowym „Hollywood leading Man” ale mimo niewątpliwej urody i uroku, to nie jest ten rodzaj aktora. Powell zdecydowanie lepiej sprawdza się w mniejszych produkcjach, gdzie nie musi być tak bardzo wpasowany w schemat typowego głównego bohatera. Ja rozumiem, że Hollywood na cito potrzebuje kogoś kto mógłby grać wszystkie role na które Tom Cruise czy Brad Pitt są za starzy, ale im więcej filmów z Powellem oglądam tym bardziej przekonuje się, że chyba to nie jest on.
Na koniec mam refleksję o samym zakończeniu filmu. Tu uprzedzam – pojawia się spoiler. W oryginalnej powieści King godzi się z tym co jest nieuniknione. W dystopijnej wizji przyszłości nie ma dobrego zakończenia. Zwycięstwo nad przeciwnikiem nie jest możliwe bez poświęcenia. A to czy owo poświęcenie przyniesie spodziewane efekty – nie jest pewne. Destrukcja jest jedynym wyjściem, ale nie gwarantuje zmiany społecznej. Innymi słowy – prawdziwa dystopia nie ma happy endu. Niestety współczesne kino nie jest się w stanie z tym pogodzić. Choć pragnie politycznego przekazu, to nie chce połknąć gorzkiej pigułki dotyczącej poczucia bezradności jednostki wobec zaciskającego się systemu. Tymczasem współczesne Hollywood świadome jest tego, że widz nie lubi jak jest smutno. Woli wiec roztaczać wizję dobrego zakończenia, rebelii i zwycięstwa nad systemem. Przyczyniając się tym samym nie do wzmocnienia nastrojów rewolucyjnych (które pojawiają się, gdy jednostka jest przyciśnięta do ściany) ale ich łagodzenia (przekonywania, że zawsze jest jakieś wyjście). Oczywiście nie oskarżam „Uciekiniera” o hamowanie jakiejś wielkiej zmiany społecznej, ale jest ciekawe, że nie jesteśmy w stanie się zmierzyć z tym, że nie wszystko dobrze się kończy.

Przy czym nie uważam „Uciekiniera” za film zupełnie nie udany. Raczej za doskonały dowód na to, że aby dystopijna narracja odpowiednio zagrała w naszych sercach, musi przedstawiać wizję świata, która jeszcze może nas przerazić. I tego w „Uciekinierze” po prostu nie ma. Zamiast tego jest sprawnie nakręcony film sensacyjny z dobrą drugoplanową obsadą. Dokładnie taki tytuł, który bez bólu można obejrzeć na platformie streamingowej. Która wcale a wcale nie rządzi naszymi mózgami i percepcją świata. Prawda?
