Home FilmNajgorszy wieczór życia czyli „Blue Moon”

Najgorszy wieczór życia czyli „Blue Moon”

autor Zwierz

Nie dziwię się, że polski dystrybutor nie wprowadził „Blue Moon” do kin. Choć nazwisko Richarda Linklatera powinno przyciągnąć kinomanów, to sam temat filmu jest potencjalnie fascynujący chyba tylko dla niszowej grupy odbiorców. Oto bowiem reżyser pochyla się nad momentem, kluczowym dla amerykańskiej kultury, ale dla odbiorcy polskiego – nieco obcym czy nawet nieczytelnym. Zabiera nas bowiem reżyser do świata amerykańskiej piosenki, musicalu i przemian jakie zaszły w latach czterdziestych. A jednocześnie – opowiada uniwersalną historię o twórcach, ludziach i pragnieniu bycia kochanym.

 

„Blue Moon” to film, który ogląda się jak ekranizację sztuki scenicznej. Ma podobny do przedstawień rytm, ale i ograniczenia. Jesteśmy tu bowiem tylko w jednym miejscu, w znanej nowojorskiej knajpie. Oglądamy bohaterów w czasie jednego wieczora. Ale nie byle jakiego. To wieczór premiery musicalu „Oklahoma!”. Ci, którzy znają historię amerykańskiego musicalu, wiedzą, że tego wieczora wiele się w świecie amerykańskiej muzyki zaczęło. Nowa współpraca – Rodgersa i Hammersteina, kompozytora i tekściarza którzy ustalą kanon musicalowy na najbliższe dekady. Po „Oklahomie!” napiszą jeszcze min. „Dźwięki muzyki”, „Króla i Ja” czy „South Pacific”. To też moment, w którym narodzi się ten powojenny musical amerykański (choć są jeszcze lata czterdzieste), który będzie już inny niż te komponowane w latach dwudziestych i trzydziestych. Wieczór premiery, to wieczór wielkiego triumfu twórców, bo spływające powoli recenzje potwierdzają – udało się stworzyć coś co stanie się przebojem na lata. Nie ma wątpliwości, że przyszłość należy do nich.

 

©Zdjęcie: Sabrina Lantos, Sony Pictures Classic

Ale na tej radosnej imprezie jest też jeden człowiek, który powodów do radości nie ma. To Lorentz Hart, tekściarz, którzy razem z Rodgersem stworzył na przestrzeni kilkunastu lat wiele hitów, które słuchacze kojarzą do dziś. Ich musicale cieszyły się popularnością – byli naprawdę lubianym duetem. Teraz triumf tego nowego projektu jego stałego współpracownika oznacza, że prawdopodobnie Rodgers z Hartem już nic nowego nie stworzą. Hart czuje się odrzucony i porzucony – pozostawiony gdzieś na poboczu zawodowej drogi przyjaciela. Przy czym sprawa nie jest prosta. Wiemy, że Hart jest alkoholikiem, człowiekiem, wybitnie zdolnym, ale też porażonym przez swoje uzależnienie i wewnętrzny smutek. Choć potrafi napisać błyskotliwe słowa o miłości i pragnieniu, to wciąż, nietrudno zrozumieć, dlaczego Rodgers poszukał kogoś z kim pisać będzie łatwiej. Zresztą Hart nigdy w powodzenie „Oklahomy!” nie wierzył i nie chciał za bardzo przy niej pracować.

 

Oglądamy więc człowieka, który przeżywa zawodowo być może najgorszy moment swojego życia (jest to scenariusz wymyślony, Hart w dniu premiery Oklahomy był pijany i wrócił wcześniej do domu, nie poszedł na przyjęcie). Jedyne co jeszcze nieco trzyma go w nadziei, że może będzie lepiej, to urocza dwudziestoletnia Elizabeth. Piękna dziewczyna, z którą korespondował, spędził nawet przyjemny weekend i ma nadzieję, że odwzajemni jego uczucie. Uczucie beznadziejne, bo jest nie tylko od niej dwa razy starszy i o ponad głowę niższy, ale też – niemal całe miasto wie, że kobiety nie leżały w zakresie jego zainteresowań. Sama Elizabeth uśmiecha się do niego słodko i nazywa „kochaniem” ale nie mamy wątpliwości, że raczej cieszy się z tej adoracji niż pragnie czegoś więcej.  Jest to uczucie niczym z romantycznej piosenki – piękne i rzewne, trudne do ujęcia w słowa, i zupełnie nieracjonalne.

 

Kto się spodziewa, że będzie to film pełen krzyków, wielkich scen i emocji, ten może się zdziwić. To jest opowieść pięknie napisana, lekka i przede wszystkim – daleka od takiego dramatu, który wydaje się oczywisty. Choć film ma w sobie cały czas pewne napięcie – zdajemy sobie sprawę, że Hart jest na skraju swojej desperacji, ale nic tu nie jest takie oczywiste. Bohater przechadza się po imprezie, próbuje sprzedać Rodgersowi nowy pomysł na musical, oczarować Elizabeth, nieco flirtować z barmanem. Jego desperacja jest oczywista, ale jednocześnie rozegrana tak, jak bywa w życiu. Przechodzi od pochwał pod adresem przyjaciół po ironiczne uwagi na temat jakości tekstu. Wszyscy czują, że nie powinien tu być, wiedzą, że zaraz czeka go załamanie. Bo ta jego desperacja przebija się z każdego gestu. Przykryta pod pragnieniem by świat potwierdził, że jest jeszcze potrzebny, kochany, obecny. Że nie zniknie tak jak znikają nazwiska z teatralnych afiszy.

©Zdjęcie: Sabrina Lantos, Sony Pictures Classic

 

 

Jednocześnie to fantastyczna opowieść o twórcach, którzy próbują wszystko co czują przełożyć na to co znają. Jakie słowa znaleźć by opisać to co się dzieje w ich życiu i sercu. Czy należy pisać pod siebie czy pod widownię. Czy „Oklahoma!” jest lepsza, bo podoba się widowni i podnosi uczucia patriotyczne (mamy w końcu lata czterdzieste) czy może jest próbą podlizania się widzom, którzy nawet nie zauważą, że rym o polu kukurydzy, które sięga tak wysoko jak oko słonia nie ma sensu. To jest to kino, z którego wychodzi się z mnóstwem refleksji na temat tego co jest istotą twórczości i czy rzeczywiście da się tworzyć rzeczy naprawdę wielkie będąc zawsze w komforcie. Czy te piękne opowieści o miłości jakie znajdziemy w słowach Lorentza Harta były możliwe, gdyby tak bardzo nie brakowało mu miłości w codziennym życiu.

A jednocześnie Linklater fantastycznie opowiada o tym jak bardzo nie da się współpracować z kimś pogrążonym w uzależnieniu. Świetna jest rozmowa Rodgersa i Harta, w której kompozytor tłumaczy – wiem, że jesteś genialny, ale nie można pracować z kimś kto w każdej chwili może wpaść w alkoholowy ciąg i przestać pisać. Szklaneczka alkoholu, którą Hart zamawia tylko by na nią popatrzeć, szybko staje się pretekstem by jednak się napić, jeden łyk, drugi – wiemy doskonale, gdzie go to zaprowadzi. Nie ma tu nic z romantycznego mitu alkoholika, który pije by tworzyć. Nie, to jest prosta prawda, że jak genialny nie byłby Hart to ostatecznie alkohol to wszystko zniweczył. I ogląda się to jeszcze ciężej mając w głowie świadomość, że pisarz niedługo umrze i alkohol będzie miał w tym spory udział.

 

Film nawiązuje do prawdziwych wydarzeń, ale jest fantazją. Nie chodzi jedynie o to czy Hart brał udział w imprezie po premierze „Oklahomy!”. Twórca scenariusza Robert Kaplow pozwala sobie na kilka mrugnięć do widza. Pisarzem, którego Hart spotyka w barze i zaczyna z nim rozmawiać o karierze, pisarstwie i stawianiu sobie wyzwań jest E.B. White autor książek dla dzieci. Między innymi „Stuarta Malutkiego”. Ale najlepsze mrugnięcie to dzieciak, który przeszedł na premierę z Hammersteinem. Chodząca encyklopedia teatralnej wiedzy. Ten dzieciak to oczywiście Steven Sondheim, który jako dziecko poznał Hammersteina i był jego protegowanym, zanim stał się sam legendą Broadwayu. To ten rodzaj scenariusza, gdzie nigdzie nie pada nazwisko młodego chłopaka, więc trzeba znać trochę historię Broadwayu by to wyłapać. Takich mrugnięć jest sporo, co sprawia, że jeśli jesteśmy wielbicielami teatru musicalowego, to czujemy się jak wśród swoich.

©Zdjęcie: Sabrina Lantos, Sony Pictures Classic

 

Produkcja przypomina nam też, że język amerykańskiej piosenki wymyślili głównie żydzi. To jest wątek niezwykle ciekawy, gdy analizujemy miejsce żydowskich mieszkańców Stanów w kontekście rozrywki. Wielu z nich było imigrantami z drugiego pokolenia. Niektórzy z nich wychowali się jeszcze w kulturze jidysz lub w językach krajów, z których emigrowali ich rodzice. Niemal wszyscy zmienili imiona i nazwiska, w napisach końcowych wyglądali zawsze bardzo anglosasko. To właśnie ta grupa – często marginalizowana i wzgardzana, w dużym stopniu wymyśliła amerykańskie piosenki i musicale. Często patriotyczne, często podnoszące na duchu obywateli. Ich miejsce w rozrywce wynikało nie tylko z talentu czy ambicji, ale przede wszystkim z możliwości. Tam, gdzie do kariery nie potrzebne było dobre urodzenie i znajomości na szczytach władzy, tam drugie pokolenie europejskich migrantów, mogło znaleźć dla siebie szansę. I tak grupa, która wtedy w Stanach nie była traktowana na równi z większością obywateli, wymyśliła dla całego kraju język piosenki.

 

Takie filmy to wyzwanie dla aktorów. W głównej roli widzimy Ethana Hawke, który jest po prostu fantastyczny. Gra swojego bohatera czyniąc go niekiedy wybitnym, kiedy indziej odpychającym czy godnym pożałowania. Nie wiem jak Hawke to zrobił, ale udało mu się w tym filmie skurczyć i postarzeć, stracić całą swoją ekranową atrakcyjność. Co prawda wygrywa większość scen charyzmą, ale to jest głębsza transformacja niż po prostu inna fryzura czy kręcenie tak by wydawał się niższy. To takie zapadnięcie się w sobie, jakaś niesamowita kruchość, poczucie, że to jest człowiek, który dosłownie zaraz się rozpadnie tak, że nic go nie złoży. Jest nad nim jakiś cień końca, że nawet bez dodatkowych informacji mamy poczucie, że długo już nie pociągnie.

Fantastyczna jest scena, w której Hawke jako Hart przedstawia swoją Elizabeth (świetna Margaret Qualley) Rodgersowi. Andrew Scott, który gra kompozytora, jest w tej scenie niesamowity. Jedyne co robi to podaje młodej dziewczynie swoją wizytówkę i zadaje kilka pytań. Ale ta energia jaka się między nimi tworzy mówi jasno – cokolwiek Hart sobie wymarzył się nie spełni. To jest jednak niesamowita moc Andrew Scotta, że jak chce przełącza ten pstryczek i nagle staje się najbardziej atrakcyjnym mężczyzną, na którego można spojrzeć. Tu jeszcze chciałabym powiedzieć, że absolutnie świetny w roli barmana jest Bobby Cannavale – szkoda, że w tym roku jest taka dobra stawka aktorów drugoplanowych w rywalizacji Oscarowej, bo moim zdaniem przy innym układzie mógłby dostać nominacje.

©Zdjęcie: Sabrina Lantos, Sony Pictures Classic

 

Nie ukrywam, że jestem zachwycona tym filmem. Trafił dokładnie w moją wrażliwość. Nie chodzi tylko o tą refleksję nad jednym kluczowym wieczorem w historii musicalu czy amerykańskiego teatru. Podoba mi się przede wszystkim jako film o wrażliwości twórcy. O tym, jak trzeba czuć świat by móc mu coś dać. Ale też o tym, że ta wrażliwość potrafi być autodestrukcyjna. Jednocześnie to fantastyczna refleksja nad potrzebą nie tylko bycia kochanym, ale też kochania. Potrzebą czucia więcej niż wyrażą słowa nawet jeśli wiemy, że to uczucie nieracjonalne i nieodwzajemnione. Jest w tym filmie jakieś pytanie o to jakie są granice naszej wrażliwości, po co nam sztuka i dlaczego potrzebujemy w życiu tego „czegoś więcej”. Mam wrażenie, że w świecie, w którym jesteśmy, gdy mówi się, że twórców tak łatwo będzie zastąpić i nimi wzgardzić, ten film wybrzmiewa jeszcze mocniej. Jest głosem za wrażliwością artysty, która zawsze jest wrażliwością człowieka. Za tym niewypowiedzianym smutkiem, który zamienia się niekiedy w coś rzewnego a niekiedy coś śmiesznego. AI może napisać wiele. Ale nigdy nie będzie miało złamanego serca. A to zmienia wszystko.

Powiązane wpisy