Home FilmKoniec gwiazd i pasków czyli czy powinniśmy bojkotować popkulturę z USA?

Koniec gwiazd i pasków czyli czy powinniśmy bojkotować popkulturę z USA?

autor Zwierz

Stany Zjednoczone są w stanie wojny, której nie chcą nazwać wojną. Obrażają swoich sojuszników za to, że nie chcą posprzątać ich geopolitycznego bałaganu. Wprowadzają prawodawstwo bijące ich swoich obywateli i a osoby u władzy robią wszystko by zaburzyć system demokratyczny. Innymi słowy – trudno dziś patrzeć na Stany jako na jaśniejące źródło demokracji. I choć od dawna raczej nikt z nas nie ma złudzeń, że Stany Zjednoczone nie są krainą mlekiem i miodem płynącą to coraz więcej osób zadaje sobie pytanie – czy to już czas na bojkot popkultury tego szalonego imperium?

 

Od razu zacznę od tego, że nie należę do grupy nawołującej do popkulturowego bojkotu Stanów Zjednoczonych. Z wielu powodów – przede wszystkim – nie będę sama siebie pozbawiać nie tylko pracy, ale też największej życiowej pasji. Ale byłabym hipokrytką gdybym nie zadawała sobie pytania – jak sobie w tej sytuacji poradzić i co różni moje, dawne samej sobie przyzwolenie na obcowanie z kulturą amerykańską od mojej niechęci do przebywania w kręgu kultury drugiego imperium, czyli rosji. Bo przecież – moje emocje są tu różne, a można by powiedzieć – jedyna realna różnica raczej zasadza się na kwestii geograficznej bliskości i zakresu hegemonii kulturowej niż na jakiejś przemyślanej logice.

Po części jest to prawda – należy zwrócić uwagę, że bojkot kulturowy nie zawsze musi się rządzić głęboką logiką. Zakładam, że w wielu przypadkach chodzi bardziej o uczucie niechęci, dystansu a niekiedy zawodu. Pamiętam jak parę lat temu niezwykłą popularnością cieszył się izraelski obyczajowy serial „Shtisel” o ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej mieszkającej w Jerozolimie. Choć ortodoksyjni żydzi nie służą w wojsku a wielu z nich podchodzi z dystansem do samego istnienia państwa Izrael, podejrzewam, że wiele osób nie miałoby dziś ochoty na oglądanie Izraelskiego serialu. Nawet jeśli nie są w stanie logicznie przełożyć działań bohaterów i twórców na działania państwa. Emocje są w naszym odbiorze kultury często nadrzędne nad logiką więc wcale nie dziwię się, że często wydarzenia polityczne sprawiają, że dystansujemy się nawet do tych dzieł kultury, które można uznać za niewinne. Nie widzę w tym większego problemu, ostatecznie – jeśli nie chcemy czegoś oglądać to nie musimy.

 

Jednocześnie widzę różnicę w potencjalnym bojkocie amerykańskiej i rosyjskiej kultury a zwłaszcza kultury popularnej. Nie chodzi jedynie o dostępność, przyznam nie przypominam sobie bym w ostatnich latach obejrzała jakikolwiek rosyjski serial poza ekranizacją „Mistrza i Małgorzaty”. Kluczowy wydaje się zakres wolności przynależny twórcom. Nie da się ukryć, że amerykańska popkultura – choć oczywiście jest narzędziem do budowania hegemonii kulturowej i forsowania własnych wartości, ma wciąż potencjał krytyczny. Trudno uznać oglądanie odcinka „The Pitt” w którym pojawiają się zamaskowani agenci ICE – budząc tym popłoch wśród pacjentów i personelu – za narzędzie, którym amerykański rząd realizuje swoją politykę. Amerykańska kultura popularna wciąż ma jeszcze wolność i chęć krytycznego podejścia do rzeczywistości politycznej i społecznej Stanów. Pod tym względem można uznać, że niezależnie od tego co myślimy o polityce kraju, w którym dane dzieło powstało – może ono jednak być od niej osobne. Choć oczywiście – wszyscy zdajemy sobie sprawę, że olbrzymie fuzje i konsolidacje na rynku produkcji i dystrybucji raczej dają nam niepokojący sygnał, że tej wolności i zmysłu krytycznego może być w przyszłości mniej.

 

Także twórcy produkcji popkulturowych są w znacznej większości w opozycji do obecnej polityki państwowej, biorą udział w protestach, często korzystają ze swojej sławy by zwrócić uwagę na nadużycia władzy. Wiem, że wiele osób nie ufa za bardzo politycznemu zaangażowaniu osób z amerykańskiego establishmentu, ale wciąż – jest ono obecne i przynajmniej w przypadku wielu jednostek – szczere. Zaś najczęściej owa opozycja przejawia się w filmach i serialach (zwłaszcza serialach), które starają się przynajmniej częściowo stanowić opozycję wobec najbardziej radyklanych idei wypływających od strony rządzącej. Oczywiście zwykle najbardziej krytyczne głosy przychodzą dopiero po czasie (trzeba było trochę poczekać na filmową krytykę wojny w Iranie czy Afganistanie) ale wciąż się pojawiają. Środowisko twórców nie jest absolutnie jednorodne i znajdziemy w nim jednostki bardziej propaństwowe, ale wciąż – można postawić argument, że trudno postrzegać wszystkich twórców jako współwinnych polityki amerykańskiej.

 

Nie zmienia to faktu, że jako Europejczycy znaleźliśmy się w niekomfortowej sytuacji. Nawet jeśli chcemy zdystansować się do popkultury amerykańskiej i dać sobie trochę przestrzeni na kulturę z innych krajów to tu pojawia się problem natury technicznej. Jasne fajnie obejrzę kdramę czy norweski serial, ale obejrzenie go na platformie, która nie należy do amerykańskiego giganta streamingowego – to już większy problem. Oczywiście – nie znaczy to, że nie mamy żadnej opcji – możemy wciąż oglądać kanały telewizji państwowej, kanały europejskie (pamiętacie, że Arte jest darmową europejską telewizją dostępną bez logowania?) czy ściągać sobie produkcje azjatyckie niekoniecznie najbardziej legalnymi drogami. Wciąż jednak – większość z nas nawet chcąc obejrzeć ekranizację polskiej literatury może się znaleźć w paradoksalnej sytuacji, że nie będzie mogła tego zrobić odcinając się zupełnie od amerykańskiego kapitału.

Zakres wpływów Stanów Zjednoczonych na kulturę popularną jest trudny od ocenienia – a odcięcie się od niego – wydaje się wysiłkiem, który niekoniecznie chce się podejmować. O ile w przypadku odcinania się od kultury rosyjskiej mówiliśmy głownie o odłożeniu na bok baletu czy czytania klasyki literatury, to w przypadku Stanów musielibyśmy się dużo bardziej nagimnastykować, przy kulturze popularnej, dającej nam najwięcej radości i towarzyszącej nam codziennie. Ta trudność nieco nas tłumaczy, choć jednocześnie – jak wspomniałam – wcale nie dziwię się osobom, które przeżywają obecnie większe czy mniejsze dylematy – jak do amerykańskiej popkultury podchodzić i nie dziwi mnie uczucie zmęczenia i zniechęcenia, które coraz częściej się pojawia.

 

Na pewno można to uczucie przekuć w ciekawość. W literaturze chyba najłatwiej iść innymi tropami – zwłaszcza, że w ostatnich latach namnożyło się w Polsce wydawnictw, które starają się wydawać literaturę z całego świata. Nie tylko tą najwyższych lotów, ale też popularną. Czytelnik jest tu więc najbardziej uprzywilejowanym konsumentem kultury – bo nigdy nie zabraknie dla niego ciekawych międzynarodowych nowości. Widz filmowy też raczej powinien się odnaleźć – zwłaszcza, że w kinematografii można – jeśli serce się do tego rwie – odnaleźć sobie miejsce tak daleko od kultury amerykańskiej jak tylko się da – zagłębić się w produkcje europejskie a może nawet pożegnać całą kulturę zachodu i zwiać do Bollywood. Miałam znajomych, którzy swego czasu tak zrobili i bardzo sobie chwalili swoją nową rzeczywistość. Najwięcej problemów mają widzowie serialowi, bo rzeczywiście – choć produkcje się niezłe rzeczy na całym świecie to ich dostępność nie jest oczywista. Sama zawsze zachęcam wszystkich zniechęconych serialami amerykańskimi do zajrzenia do tych brytyjskich, bo kto jak kto, ale Brytyjczycy robią wybitną telewizję. Zresztą, kiedy myślę o kilku najbardziej wyczekiwanych przeze mnie produkcjach to są one brytyjskie.

 

Co powiedziawszy – te ucieczki w bok są tak naprawdę jedynie nieśmiałymi próbami osłabienia żelaznego uścisku amerykańskiej kultury popularnej. Uścisku, w którym znaleźliśmy się na własne życzenie – czy to szerzej mówiąc po drugiej wojnie światowej czy to odnosząc się do Polski – z rozkoszą i entuzjazmem po 1989 roku, kiedy w końcu weszliśmy do słodkiej krainy dostępności. Nic dziwnego, że w Polsce jest tak niesamowity sentyment do amerykańskiej popkultury – skoro właściwie wychowaliśmy się na poczuciu, że im więcej jest jej w naszej rzeczywistości, im szybciej filmy wchodzą do kina tym bliżej jesteśmy upragnionej wolności. Tu oczywiście – można by zwrócić uwagę, że wszelkie nasze emocjonalne reakcje są mocno opóźnione i czy można się na amerykańską popkulturę oburzać, gdy Stany atakują Iran, skoro spokojnie oglądaliśmy seriale, kiedy atakowały Irak, Afganistan czy Syrię. Ale ponownie – nie jestem zwolenniczką tego sposobu myślenia, że jeśli raz w życiu coś nam nie przeszkadzało to zawsze ma nam nie przeszkadzać. Zakładam, że część osób, czuje dziś dyskomfort właśnie dlatego, że po czasie zdało sobie sprawę, że to nie pierwszy razy, kiedy w imię propagowanych przez siebie idei Stany naruszają prawo międzynarodowe.

 

Jak widzicie – nie mam tu żadnych łatwych rozwiązań w stylu „Jak sobie ściągniesz film na torrentach to będzie dobrze”. Zresztą – ponownie – sama nie deklaruję, żadnego bojkotu, nie zawieszam pisania o kulturze amerykańskiej i nie dystansuje się do swoich pozytywnych emocji jakie wywołują we mnie nowe produkcje Amazona i Netflixa. Nie mam poczucia, żebym musiała być w swoich działania i poglądach idealnie spójna i logiczna. Pomijając fakt, że nie wiem, jak miałabym to zrobić to jednocześnie – nie wydaje mi się, żeby to był element jakiejś szerszej umowy jaką podpisałam ze światem. Jasne – staram się być osobą raczej lepszą niż gorszą, ale nie udaję, że dążę do świętości. Rzekłabym nawet, że w wielu aspektach mojego życia zapieprzam dokładnie w przeciwną stronę.

Co powiedziawszy – nie uważam, by odsuwanie od siebie refleksji na temat tego co nas boli, czy co budzi dyskomfort było dobrą strategią. Czasem dobrze po prostu zastanowić się nad tym – dlaczego zachowujemy się tak a nie inaczej, dlaczego jedne działania przychodzą nam łatwiej a inne trudnej i jak w tym wszystkim staramy się ocalić naszą nieśmiertelną duszę dla dowolnej definicji nieśmiertelnej duszy. Jeśli miałabym jakikolwiek szerszy wniosek, to byłby on właśnie skierowany na głębszą refleksję nad naszymi własnymi – nawet nie idealnymi postawami. Dyskusja internetowa ma skłonność do przedstawiania wszystkiego w sposób bardzo kategoryczny, ale z mojego doświadczenia tylko zachęca to do ukrywania wątpliwości a nie zmiany postaw. Jeśli można być tylko bardzo dobrym albo bardzo złym to zwykle dajemy za wygraną.

 

Zaś jako krytyczka kultury mogę tylko zachęcić was wszystkich do poszerzania horyzontów i ciekawości. Z każdym filmem spoza naszego kręgu kulturowego, poszerzamy zrozumienie tego co to znaczy być człowiekiem w świecie, w którym żyjemy. I jasne – bywa to trudne, bo amerykańskich filmów jest kilkadziesiąt a irański jeden, i tak czasem zdecydowanie trzeba się naszukać by znaleźć coś co nie jest dziełem państw sprawujących kulturową hegemonię. Ale jest to uczucie, kiedy czytacie książkę napisaną na drugim końcu świata albo oglądacie film z małego państwa, w którym nigdy nie byliście i widzicie w tych narracjach coś co rozpoznajecie. I to dostrzeżenie tego co jest ogólnoludzkie w tym co tak inne to chyba najbardziej satysfakcjonujący element naszej wielkiej kulturowej przygody.

Ps: Tu czuję w obowiązku zaznaczyć, że ten post nie jest wywołany przez jakiś komentarz pod moim adresem czy jakąś awanturę pod wpisem. Po prostu sprzątałam mieszkanie przed świętami i tak sobie myślałam.

Powiązane wpisy