Zdarza się czasem, że w moich rozlicznych próbach obejrzenia wszystkiego co się da i skomentowania każdego fenomenu kulturowego, coś mi umknie, na coś się nie załapię i nie zdążę potem na czas nadrobić. Jedną z takich rzeczy, były „Kulawe Konie”. Zaczęłam oglądać pierwszy sezon serialu, kiedy się pojawił, ale potem odciągnięta do innych obowiązków, nigdy go nie skończyłam i tym samym – stałam się osobą, która trochę zna początek, ale nie ma pojęcia co dalej. Aż do teraz. Jakimś cudem wygospodarowałam trochę czasu pomiędzy premierami serialowych nowości. Usiadłam bowiem i nadrobiłam wszystkie pięć sezonów. I teraz mogę – zanim nadejdzie sezon szósty podzielić się z wami moimi obserwacjami.
Wiem, że dla wielu widzów „Kulawe Konie” są jednym z najlepszych i najbardziej lubianych seriali telewizyjnych ostatnich lat. Mam podejrzenie, że przynajmniej część z tej sympatii wynika ze specyficznej formuły serialu. Każdy sześcioodcinkowy sezon ma podobna strukturę – nasi agenci zostają uwikłani w pozornie przypadkową sprawę, dochodzi do coraz większej eskalacji i rozbudowania tropów. Okazuje się, że udział naszej grupy w śledztwie nie jest do końca przypadkowy. Następuje kulminacja splątań i niebezpieczeństwa w odcinku piątym, a potem dążymy do finału, który zwykle okazuje się dla naszych bohaterów zwycięski. Tym co jest kluczowe w konstrukcji tego serialu jest skoncentrowanie się na krótkim okresie z życia naszych agentów. Nie spędzamy z nimi dużo wolnego czasu pomiędzy sprawami, rzeczy nie związane ze śledztwem, są nam podsuwane na marginesach – zwykle w pierwszym i ostatnim odcinku sezonu.

Pod tym względem serial przypomina nieco… „The Pitt”, które na tle innych produkcji medycznych wyróżnia się brakiem rozbudowanych wątków obyczajowych wypełniających czas pomiędzy przypadkami. Podobnie jak w „The Pitt” (a może w „The Pitt podobnie jak tu, bo to serial starszy od medycznej dramy) wchodzimy i wychodzimy z życia bohaterów na chwilę – świadomi, że coś dzieje się pomiędzy naszymi „wizytami”. Taka struktura sprawia, że serial może mieć dużo więcej sezonów zanim zacznie nas męczyć, zanim dowiemy się wszystkiego o życiu prywatnym postaci, zanim dojdziemy do wniosku, że się ciągnie zaś bohaterom przydarzyło się już zbyt wiele. Jednocześnie daje to scenarzystom dużo więcej swobody, bo nie tylko mogą wymieniać obsadę, ale też zaskakiwać nas przemianami jakie wydarzyły się pomiędzy sezonami. Częściowo taka konstrukcja produkcji wynika z tego, że są to ekranizacje książek, ale nie wszystkie seriale decydują się kopiować taki schemat urwanych opowieści.
Zresztą warto tu nadmienić, że z „The Pitt” łączy „Kulawe Konie” jeszcze jedna ważna cecha – oba seriale, pojawiają się w odstępach, w których kiedyś dostawaliśmy kolejne odsłony naszych ulubionych produkcji. Mamy kolejne sezony raz na kilka miesięcy a nie raz na dwa lata. To moim zdaniem kluczowe dla powodzenia serialu, bo wiele produkcji – zwłaszcza Netflixa, ale też innych platform, przegapiło swój moment. Pierwszy sezon się podobał, ale dwa lata czekania na kolejny, sprawiły, że widzowie stracili swój entuzjazm. Tymczasem od pięciu lat można sobie od września do grudnia zaglądać do Londynu i zawsze będą tam na nas czekać brytyjscy agenci.
Byłoby jednak nadużyciem stwierdzić, że za sukces serialu odpowiada tylko jego specyficzna konstrukcja. Drugi element, który zapewnia mu długowieczność, to wspominana możliwość wymiany bohaterów. Tytułowe „Kulawe konie” to grupa agentów MI5, którzy okazali się zbyt słabi by pracować w prestiżowych jednostkach i warunkach, ale zbyt dobrzy czy ustawieni by po prostu ich ze służby wyrzucić. To sprawia, że można dokooptowywać nowych agentów (ostatecznie zawsze znajdzie się ktoś kto popełni błąd, jest hazardzistą albo ćpa na służbie) ewentualnie – żegnać postacie drugoplanowe. Pod tym względem serial jest zresztą dość brutalny, bo nie waha się też bohaterów pozbawiać życia, co mam wrażenie, wielu widzów przyjmuje z entuzjazmem – bo dzięki temu mają poczucie, że gra toczy się o jakąś stawkę, i nawet jeśli wszystko się dobrze kończy to nie zawsze dla wszystkich.

Teoretycznie oglądamy grupę nieudaczników, których służby chętnie by się pozbyły, ale z braku innych możliwości zamiast ich zwolnić – chcą ich raczej delikatnie skłonić do zmiany zawodowej drogi. Siedziba tego specyficznego wydziału, czyli Slough House jest tu przechowalnią czy raczej – ostatnim przystankiem przed rezygnacją ze służby. Choć w pięciu sezonach powtarza się część bohaterów, to spokojnie można ich wymieniać, odsyłać na urlopy, emerytury czy nawet uśmiercać bez naruszania struktury samego serialu. Jedyną postacią, która w tej układance musi być stała to Jackson Lamb, wybitny agent o trudnym charakterze, który zajmuje się zawiadywaniem swoimi podwładnymi. Owo zawiadywanie polega głównie na ich obrażaniu i sugerowaniu im by opuścili służbę jak najszybciej. To jego geniusz szpiegowski, połączony z brakiem higieny i opryskliwością jest kluczowy – cała reszta układanki jest wymienna. Ponownie, to jest taki element, który nie tylko pozwala serialowi utrzymać się dłużej, ale też – w razie konieczności, wymyślać na nowo. Brytyjczycy coś wiedzą o serialach, gdzie możesz wymienić trzy czwarte obsady i nadal ludzie będą oglądać.
Jeśli chodzi o historie przedstawione w kolejnych sezonach, to muszę przyznać – nie wszystkie przypadły mi do gustu w równym stopniu. Nie ukrywam – najbardziej lubię trzy pierwsze sezony, które mają w sobie zdecydowanie więcej atmosfery – przypadkowych działań, w które „wdeptują” nasi bohaterowie. Pod względem narracji najbardziej podobał mi się sezon drugi, nawiązujący do Zimnej Wojny, a najlepiej bawiłam się (i najbardziej kibicowałam bohaterom) w sezonie trzecim. Niestety dwa późniejsze sezony, a zwłaszcza czwarty, są moim zdaniem nie tylko mniej ciekawe, ale też – łamią trochę zasadę, że oglądamy serial o agentach nieudacznikach. Można wręcz dojść do wniosku, że w MI5 niekompetentni są absolutnie wszyscy POZA agentami w Slough House. Jednocześnie – w czwartym sezonie serial robi sobie chyba największą krzywdę – koncentrując się za bardzo na życiu prywatnym jednego z bohaterów, co prowadzi nas do tego co takie seriale zabija – dodawania rozwiniętych wątków obyczajowych, tam, gdzie widz chce głównie ciekawą aferę szpiegowską. Zresztą chyba jest dość powszechne przekonanie, że ten przedostatni sezon jest słabszy.

No właśnie serial taki jak „Kulawe Konie” musi mieć w sobie odrobinę wewnętrznej sprzeczności. Niby oglądamy wyrzutków, ale okazuje się, że myślą szybciej, działają sprawniej i potrzebują zdecydowanie mniej wsparcia niż najlepsi agenci. Oczywiście w jakimś stopniu jest to zasługa kierującego nimi Lamba, ale przede wszystkim jest to po prostu wymóg scenariusza. Przy pierwszych sezonach przeszkadzało mi to umiarkowanie, ale w sezonie piątym poczułam, że chyba jednak twórcy powinni sobie przypomnieć, że w MI5 działają też inni agenci. Choć to sezon z chyba największą wtopą naszych agentów, to wciąż – zaczyna męczyć, że całe służby nie są w stanie rozgryźć tego co nasza grupa nieudaczników zrozumiała w kilka chwil. Trochę tu zawieszam niewiarę a trochę zadaje sobie pytanie – jaki ma cel przekonywanie nas, że Slough House to beznadziejna zsyłka, skoro gwarantuje ratowanie świata raz na sezon. Coś co w pierwszym sezonie zostało świetnie pokazane (bo tam nasi bohaterowie są rzeczywiście przygnębieni i zdesperowani), w sezonie piątym traci swoją wewnętrzną logikę.
Serial zresztą boryka się miejscami z kilkoma problemami, które nie wynikają z samego scenariusza. Ot chociażby postać Jacksona Lamba. Jak byk stoi w scenariuszu i książkach, że powinien to być typ obleśny, odrzucający, śmierdzący i ogólnie paskudny. Problem w tym, że gra go Gary Oldman. No i nawet w pogniecionym ubraniu, z brzuszkiem i w szarym od brudu płaszczu Gary Oldman to Gary Oldman. Kiedy w czwartym sezonie nieopatrznie zmienili mu jeszcze płaszcz na ciemniejszy i grubszy to w ogóle ta narracja o „odrzucającym typie” się kupy nie trzymała. I jasne – trudno jest zagrać człowieka, który jest jednocześnie odpychający i inteligentny, ale Oldmanowi wychodzi raczej charyzmatyczny abnegat niż oblech.

Podobnie, jakoś nie grają obecne w każdym sezonie (zaczerpnięte z książki) dowcipy o tym, ile to gazów i jak śmierdzących opuszcza ciało Lamba. Pomijam już, że to w ogóle słaby dowcip, to zupełnie nie przenosi się na serial. Kinematografia jest doskonała w przekazywaniu nam wielu rzeczy, ale niekoniecznie zapachów. Inna sprawa, krążą plotki, że wszystkie środki jakie wykorzystano do tego by Oldman wyglądał staro i odpychająco pachną w rzeczywistości tak dobrze, że ów ekranowy obwieś podobno pachnie najlepiej z całej obsady. Wciąż – rola Lamba jest w przypadku Oldmana zarówno bardzo dobra jak i niekoniecznie spójna z tym co mamy o nim sądzić. Ostatecznie wychodzi nam po prostu, że to najgenialniejszy ze wszystkich agentów jakich miało MI5, który lubi być wredny (choć oczywiście tylko z wierzchu w istocie odda za swoich podwładnych serce, dusze i materiały do szantażu). Niby to nic złego, ale serial bardzo się stara byśmy poczuli, że jest obleśny i tu chyba ponosi jednak klęskę.
Co ciekawe – ten sam serial wyprodukował (a właściwie interpretował z powieści) chyba jedną z moich najukochańszych oślizgłych postaci serialowych ostatnich lat, czyli Jamesa „Spidera” Webba. To drugoplanowa postać, którą w serialu gra Freddie Fox. Cóż za oślizgła kreatura, chciałoby się rzecz, gdyby nie fakt, że to przede wszystkim doskonale zagrany bohater. Zresztą potem całkiem dobrze zastąpiony w fabule przez Claude’a Whelana (gra go specjalista od ról obślizgłych, czyli James Callis). To są takie postaci, których się absolutnie nie lubi i które sam serial dość często upokarza, ale pokazują, jak wspaniale można zagrać paskudnych typów, tak że chce się ich oglądać na ekranie jak najwięcej. Ja sama nie przebolałam, że Freddie Fox przestał grać w serialu po trzecim sezonie, bo każda scena z jego udziałem dawała mi mnóstwo radości. Tu warto zresztą nadmienić, że serial – jako produkcja brytyjska bardzo czerpie z tego, że może sobie pozwolić na fantastycznych aktorów na drugim planie. Jonathan Pryce, który gra tu emerytowanego agenta i dziadka jednego z bohaterów, to dobry przykład, że dla wybitnych aktorów nie ma małych ról.
Skoncentrowałam się na drugim planie, chyba głównie dlatego, że plan pierwszy serialu jest pod pewnymi względami – może nie tyle mniej interesujący, co bardziej spętany pewnymi prawidłami opowieści o grupie bohaterów. Każdy ma swoją rolę do odegrania, co daje pewne bardzo ustalone schematy zachowania. To chyba najlepiej widać na przykładzie głównego informatyka naszego zespołu. Roddy Ho to postać wręcz karykaturalnie przerysowana, pokazująca nam kogoś pomiędzy icelem a osobą, absolutnie nie rozumiejącą społecznych konwencji. Na przestrzeni sezonów, nie może się on za bardzo zmienić, bo ma jasną rolę w tej układance „nieudaczników”. Grający go Christopher Chung, nie może sobie za bardzo pozwolić na jakieś duże zmiany, bo układanka straci istotny element. Trochę tak jak „Q” w filmach o Jamesie Bondzie ma swoją określoną rolę ( tak wiem grało go wielu aktorów) ale nie zmienia swojego charakteru z odcinka na odcinek.

Chyba najbardziej widać to po naszym potencjalnym głównym bohaterze. River Cartwright, to taki częściowy nieudacznik, bo co prawda trafił do Slough House, po tym jak położył na całej linii bardzo publiczne ćwiczenia na lotnisku, ale zanim do tego doszło był bardzo dobrze zapowiadającym się agentem. Co więcej agentem z plecami w postaci zasłużonego dziadka. Cartwight w pierwszych sezonach jest postacią bardzo ciekawą – zawieszoną pomiędzy potrzebą udowodnienia swojej wartości a nadzieją, że tylko jedna udana akcja dzieli go od powrotu na swoje „należne” miejsce. Serial podsuwa nam wizję, że z każdą kolejną akcją, która nie winduje go ponownie do prestiżowej służby Cartwight staje się coraz bardziej zgorzkniały i zawiedziony, ale jednocześnie – twórcy muszą go trzymać w takim przedziwnym limbo, gdzie nigdy nie może rzucić papierami i powiedzieć „dobra dość tego”. Co sprawia, że w sumie z sezonu na sezon staje się bohaterem coraz mniej (przynajmniej w mojej opinii) znośnym.
Przy czym, żeby było jasne – nie krytykuję tu to jak Jack Lowden swojego bohatera gra – bo robi to bardzo dobrze (mam poczucie, że „Kulawe Konie” powinni karnie obejrzeć wszyscy twierdzący, że Lowden będzie nieatrakcyjny jako Pan Darcy), po prostu – ponieważ ten jeden bohater nie może się ruszyć z miejsca, to nie za bardzo jest go jak rozwijać. Może być tylko coraz bardziej nieszczęśliwy i sfrustrowany, co oczywiście – może być dla części widzów fabularnie ciekawe, ale jednocześnie – wymaga od scenarzystów by trzymali go za fraki i szeptali do ucha „Nie próbuj nic zmienić”. Co sprawdza się nieźle przez trzy sezony, ale zwłaszcza po czwartym – zaczyna nieco męczyć. A właściwie to już po trzecim, który kończy się bardzo dramatycznie – zaczynamy sobie zadawać pytanie – dlaczego ci wszyscy ludzie tak bardzo trzymają się służby. Bo jednak – tu nie chodzi jedynie o poniżenie, w pewnym momencie – dość jasno sama agencja obraca się przeciwko nim. Nie wiem czy po czymś takim przyszłabym w poniedziałek do pracy.
Te uwagi oczywiście nie przeszkadzają mi się nieźle bawić w czasie oglądania kolejnych sezonów. Rozpisanie fabuły każdego śledztwa na sześć odcinków gwarantuje, że nie będzie się wszystko za bardzo ciągnąć, co bywa jednym z największych problemów współczesnych seriali, które mają więcej odcinków niż fabuły. Fakt, że raz na jakiś czas pojawia się czysto komediowy element – odciąża nieco bardzo mroczne historie. Do tego są takie elementy, które wszyscy wiemy, że się pojawią co daje poczucie pewnego komfortu odbioru. Bo kiedy ogląda się wszystkie odcinki na raz, nie trudno dostrzec, że choć zagrożenia są rozstrzelone od byłych sowieckich agentów po libijskich terrorystów to w istocie – każdy sezon jest bardzo podobny do poprzedniego.
Wiadomo, że Lamb w pewnym momencie wstanie od biurka i pojawi się dokładnie tam, gdzie musi być, bo oczywiście jest o dwa kroki nie tylko przed przestępcami, ale też przed resztą MI5. Wiadomo, że twórcy serialu będą się podśmiewać z kompetencji Cartwighta sugerując nam przy okazji, że największy brak umiejętności wykazuje w relacjach z kobietami. Wiemy, też, że w pewnym momencie grana przez Kristin Scott Thomas, Diana Taverner – zastępczyni szefa MI5 sprawi, że wszystkie dodatkowe problemy naszych bohaterów znikną. Do tego jeszcze powie coś pięknie złośliwego. To jest taki bezpieczny schemat, który daje nam kilka razy to samo, ale za każdym razem opakowane nieco inaczej. Co jest dokładnie tak samo przyjemne jak czytanie kryminałów ulubionego autora, który zawsze pisze plus minus tą samą książkę i za to go kochamy.

„Kulwawe Konie” wyróżniają się też na tle wielu produkcji fantastycznym pokazaniem Londynu. A właściwie – nie pokazywaniem tego co w Londynie najbardziej oczywiste. To jest serial, który bardzo unika tych miejsc, które kinematografia z uporem lepszej sprawy eksploatowała przez ostatnie dziesięciolecia. Oczywiście, rozpoznacie kilka miejsc, bo Londyn jest miastem bardzo charakterystycznym, ale nikt się nie będzie ganiał w okolicach Westminsteru, nie zobaczymy w tle atrakcji turystycznych i będziemy się raczej trzymać miejsc i przestrzeni, które niekoniecznie są najbardziej znane. Bardzo mi się to w tym serialu podoba, zwłaszcza jako osobie, która w Londynie nie mieszka, więc tych miejsc, które nie są super sławne aż tak dobrze nie rozpoznaje. Jasne kilka miejsc poznałam (zwłaszcza w drugim sezonie) ale wiele ulic nic mi nie mówi, co bardzo ułatwia immersję w ten świat.
Czy stałam się po tych pięciu sezonach obsesyjną fanką „Kulawych koni”? Niekoniecznie. Oglądanie ich było naprawdę przyjemne, ale jednocześnie – mam wrażenie, że jestem jednak taką osobą, która najbardziej w produkcjach szpiegowskich lubi to co dzieje się pomiędzy kolejnymi akcjami. Czyli dokładnym przeciwieństwem idealnego widza tego serialu. Tam, gdzie produkcja zbacza niekiedy na chwilę w stronę obyczajową podoba mi się najbardziej (bardzo lubię wątek Riviera i jego dziadka), tam, gdzie miejscami przypomina nie tyle parodię co samego Le Carre podoba mi się nieco mniej. Przy czym – podoba mi się nieco mniej – oznacza, że obejrzenie pięciu sezonów serialu zajęło mi dziesięć dni a nie pięć. Myślę, że dla wielu osób obejrzenie całej produkcji w niecałe dwa tygodnie jest oznaką głębokiego zaangażowania. Także, weźcie moje zastrzeżenia raczej jak minus przy piątce niż trzy z plusem.

Na sam koniec dla tych, którzy przeczytali cały tekst i pewnie zastanawiają się w jakiej kolejności ułożyłabym sezony serialu (widziałam, że takich list jest naprawdę wiele) to już spieszę donieść, że kolejność sezonów przedstawia się w mojej głowie 2,3,1,5,4. Kto wie, może w przyszłości użyję tej kolejności jako tajnego kodu i nikt się nie zorientuje. A co się tyczy nadchodzącego sezonu szóstego, to trochę go wyczekuję (obejrzę oczywiście za jednym posiedzeniem jak wyjdą wszystkie odcinki) a trochę przeszkadza mi sugestia, że pojawi się w nim jedna postać z sezonu czwartego, której już bym nie chciała więcej oglądać. I niczym w dobrym thrillerze, na tym skończymy – niech się buduje to napięcie na przyszłość.
PS: Muszę powiedzieć, że choć kocham Apple za to, że wypuszcza odcinki raz na tydzień i zawsze jest u nich coś dobrego do oglądania, to jednak niestety – stałam się jedną z tych osób, które zapowiadają, że kolejne sezony obejrzą dopiero jak będą wszystkie odcinki. Przyznam nie raz w czasie mojego maratonu serialu myślałam „Gdybym miała czekać tydzień na kolejny odcinek to bym z nerwów nie wytrzymała”.
