Jak co roku wyobrażam sobie, że jestem kaznodzieją w małej, niesłychanie tolerancyjnej wspólnocie, która przytula do serca wszystkich, ale jednocześnie z uporem maniaka raz do roku szuka nowych sensów w świętach, które obchodzimy. Jak kiedyś pisałam – to mój sposób odreagowania, że proboszcz kościoła, do którego w dzieciństwie chodziłam na pasterkę miał tylko jedno kazanie na święta i zawsze je powtarzał.
Historia narodzenia Jezusa nie wymaga przypisów. Nie w samym swoim jądrze. Choć wydarzyła się ponad dwa tysiące lat temu – jest dla nas zrozumiała. Nikt nie podróżuje na osiołku, nie ma już Cesarstwa Rzymskiego i nie wszyscy czekają na Mesjasza. Ale rozumiemy. Rozumiemy, że kobieta w ciąży nie powinna daleko podróżować, zostawić za sobą to co zna, swoją rodzinę, matkę (która pewnie umiera z niepokoju), dom, w którym miała wszystko przygotowane.
Rozumiemy, że nawet jeśli nie było miejsca w gospodzie ktoś powinien otworzyć drzwi, pokazać jakąś stajenkę, jakiekolwiek schronienie. Wiemy, że dzieci nie powinny rodzić się na ulicy. Nie trzeba nam wyjaśniać, że stajenka to może nie jest miejsce idealne, ale przynajmniej ma dach, nie jest bardzo zimno. Nie trzeba nam dawać dodatkowej uwagi, że dziecko powinno się urodzić w miejscu spokojnym, cichym i ciepłym.
Nie dopytujemy, dlaczego przyszli pasterze, dlaczego nie odwrócili się na progu, dlaczego się zatrzymali. Dlaczego samotni rodzice, z nowonarodzonym dzieckiem, gdzieś na odludziu sprawili, że zupełnie obcy przybysze postanowili się zatrzymać, posiedzieć przy nich, może podzielić się jedzeniem, sprawdzić czy aby nic złego się nie dzieje. Choć przecież nie jesteśmy społeczeństwem pasterskim i owce widujemy najczęściej z okien pociągów.
Historycy emocji mówią, że nie czujemy świata tak jak nasi przodkowie. Wiemy, że emocje ludzi nie przepisują się tak łatwo pomiędzy epokami, że nasi przodkowie kochali inaczej, przyjaźnili się inaczej, cierpieli inaczej. Ale są rzeczy, które jak mocne nici przechodzą przez całą ludzkość, które wiążą nas z przeszłością, sprawiając, że czasem w słowach, które napisano setki lat przed naszym urodzeniem widzimy samych siebie. Przeszłość pełna jest ludzi zupełnie obcych i zaskakująco bliskich.
Jakie to ma znaczenie, w 2025 roku? Być może takie, że skoro przypowieść o narodzeniu Jezusa nie wymaga przypisu, to jest w nas coś co się jednak nie zmienia. Poczucie sprawiedliwości, empatia, świadomość tego kto jest słabszy zasługujący na opiekę, na wyciągniętą rękę, na chwilę spędzoną w ciemności tak by drugi człowiek nie był sam. Zewsząd usłyszycie, że są rzeczy, które się zmieniają. Empatia może być grzechem, pragnienie pomocy przestępstwem, dłoń wyciągnięta w ciemności – uznana za zdradę. Żyjecie w XXI wieku, krzyczą na nas głosy z mroku, zmieńcie się – porzucicie rzeczy, które rosły w was przez lata. Nie wchodźcie do stajenki, powiedzcie Józefowi, że powinien wcześniej pomyśleć, gdzie zanocuje, spytaj Maryi czy aby wie kto jest ojcem jej dziecka. Nie przynoś darów obcym ludziom, nie wyczekuj lepszych czasów, zamknij się w sobie, zabij w sobie poczucie, że kruchość dziecka jest czymś co należy chronić przed wiatrem kolejnych epok. Nie wypatruj wędrowców w mroku, nie oddawaj niczego co twoje, bój się świata i prychaj na wszystkich, których rzeczywistość skrzywdzi. Zabijaj w sobie uczucia tak długo aż nie zrozumiesz o co chodziło temu pustynnemu ludowi tysiące lat temu.
Historia narodzin Jezusa nie potrzebuje przypisów. Choć minęły dwa tysiące lat wiemy, że są rzeczy, które nie powinny się wydarzyć. Wiemy, że aby ludzie przetrwali, aby cuda mogły się dziać, trzeba wchodzić do stajenek, trzeba rozpalać ogień w nocy by mógł się przy nim ogrzać ten kto nie ma ciepła. Wiemy, że drzwi do gospody często bywają zamknięte i wiemy, że szlachetnym jest je otworzyć. Nie potrzebujemy przypisów, bo wiemy, co jest słuszne, co jest sprawiedliwie i co łączy nas z tymi, którzy przez wieki opowiadali sobie tą opowieść.
Być może nigdy nie było i nie będzie żadnego jednego Mesjasza, jednego zbawcy i jednej drogi prowadzącej wprost do niebios. Są tylko dzieci, które trzeba ogrzać, rodzice których trzeba uspokoić i drzwi stajenek, za które trzeba zajrzeć. By zbawiać się dzień po dni empatią, która nie potrzebuje przypisu.
