Home Tak sobie myślę Piątek przeciwko znikaniu

Piątek przeciwko znikaniu

autor Zwierz
Piątek przeciwko znikaniu

Jed­ną z pod­sta­wowych nauk jakie wyniosłam ze szkoły, a właś­ci­wie z obserwacji rówieśników, było że nie należy być „za bard­zo”. Za bard­zo bied­nym, za bard­zo bogatym, za bard­zo wysokim, za bard­zo niskim, za bard­zo chudym, za bard­zo grubym, za bard­zo towarzyskim, za bard­zo zamknię­tym w sobie, za bard­zo wygadanym, za bard­zo boryka­ją­cym się z prob­le­ma­mi z nauką. Za bard­zo innym. Za bard­zo wyjątkowym. Za bard­zo sobą.

W szkole każdy chci­ał być medi­aną – jed­nos­tką dokład­nie w środ­ku pop­u­lacji, niczym za bard­zo się nie wyróż­ni­a­jącą. To ide­al­na pozy­c­ja, która pozwalała­by przetr­wać eduka­cyjną ścieżkę bez więk­szego uszczer­bku na zdrow­iu i psy­chice. Co oczy­wiś­cie było nie możli­we. Nikt nie był wystar­cza­ją­co żaden, wszyscy byliśmy pod jakimś wzglę­dem „za bard­zo”. Bo ludzie są różni. Gdy­byśmy się może wtedy więcej o tym uczyli nasze późniejsze życie nie pole­gało­by głównie na odgru­zowywa­niu swo­jego mózgu z prag­nienia bycia jed­nos­tką bez żad­nych nad­miernie rozwinię­tych cech spec­jal­nych.

 

Oczy­wiś­cie w każdej klasie są lep­iej przys­tosowani, doskonale manewru­ją­cy pomiędzy niebez­pieczny­mi wyd­ma­mi, wyróż­ni­a­nia się pon­ad prze­cięt­ność. Niek­tórzy, zwłaszcza ci, których wyróż­nia dodatek uroku oso­bis­tego, zaczy­na­ją przekony­wać innych że to oni stanow­ią pożą­dany wzór nor­mal­noś­ci. Inni, obdarzeni grubą skórą, nie zauważa­ją, że ich odchyły od „normy” kogokol­wiek den­er­wu­ją. Jeszcze innych napędza pod­szy­ta leci­utką pog­a­rdą ambic­ja – sko­ro już nie moż­na być „nor­mal­nym” trze­ba być lep­szym. Są też tacy którzy z prob­le­mem że ludzie są różni poradzą sobie śmiechem – obra­ca­jąc w żart każdy przy­tyk.

 

Więk­szość jed­nak przyj­mu­je w wieku nas­to­let­nim pod­sta­wową strate­gię obron­ną pole­ga­jącą na umiejęt­nym kamu­flażu. Młodzi ludzie zamieni­a­ją się w grupę egzo­ty­cznych kameleonów, z tym że wszyscy zaczy­na­ją wyglą­dać tak samo. Lubić te same rzeczy. Nosić podob­ne ciuchy. Rygo­rysty­cznie trzy­mać się mody, nawet jeśli wszys­tkie dziew­czyny w klasie mają tak podob­ne ple­ca­ki że ich pomyle­nie jest tylko kwest­ią cza­su. Rzecz jas­na tu też zna­jdzie się zawsze jakaś gru­pa wyz­wolona, która będzie się bun­tować prze­ci­wko bar­wom ochron­nym. Ci jed­nak naraża­ją się na to, że pier­wszych ich dostrzegą drapieżni­ki. Stąd tylko jed­nos­t­ki najbardziej uparte decy­du­ją się, że nie zep­ną włosów tak samo, nie założą naj­mod­niejszych tram­pek i podz­ięku­ją za kole­jny iden­ty­czny sza­lik.

 

Meto­da znika­nia jest tak dobra, że niek­tórzy sto­su­ją ją potem do koń­ca życia. Inni, wyzby­wa­ją się jej powoli, niekiedy dopiero kil­ka dekad później uświadami­a­jąc sobie, że drapieżni­ki dawno się rozpieszchły a oni wciąż uda­ją szarą skałę czy jakiegoś zeschniętego bady­la tylko po to by nie zwró­cić na siebie uwa­gi. Niek­tórzy coś z tym zro­bią, inni będą żyli w poczu­ciu stra­chu, przed tym co może się zdarzyć gdy pokażą światu jak bard­zo są „za bard­zo”. Będą drżeć, że jakaś paskud­na „nor­ma” nawet ter­az lata po zakończe­niu edukacji ich nie przyjmie. Więc siedzą tacy zlęknieni, próbu­jąc udawać, że człowiek może naprawdę nie posi­adać żad­nych znaków szczegól­nych.

 

A prze­cież może być inaczej.  Kiedy mówi się o Tęc­zowym Piątku, ludzie przede wszys­tkim dysku­tu­ją o praw­ie rodz­iców do decy­dowa­nia czy ich dziecko usłyszy o ist­nie­niu mniejs­zoś­ci sek­su­al­nych. Ale to prze­cież nie chodzi tylko o to, by uczyć dzieci­a­ki że sek­su­al­ność jest spek­trum na którym oni i ich rówieśni­cy mogą się różnie określać. To przede wszys­tkim nau­ka o tym, że oni i ich rówieśni­cy są różni. Różnorod­ni. Nau­ka, że nigdy wszyscy nie będą dokład­nie tacy sami, i wręcz nie ma nic zdrowego w szuka­niu sposobu na to by się nie różnić. Nau­ka o tym, że inne jest tuż obok i nie należy się tego bać, co więcej – że nie świeci w ciem­noś­ci. Że ta mity­cz­na „nor­ma” w którą wszyscy muszą się wpisać, jest tylko kul­tur­ową kon­cepcją.

 

Tęc­zowy piątek to tak naprawdę początek robo­ty. Dzieci­a­ki był­by dużo szczęśli­wsze, gdy­by takich piątków było więcej. Nie tylko o mniejs­zoś­ci­ach sek­su­al­nych. Ale także o kwes­t­i­ach związanych ze wszys­tki­mi inny­mi różni­ca­mi pomiędzy ludź­mi. Czy nie było­by super gdy­by raz w miesiącu, szkoły poświę­cały dzień by uczyć dzieci­a­ki, że każdy jest w jakimś sen­sie „za bard­zo”, że każdy jest inny, że to w jakim domu się wychowali może nie być oczy­wiste dla ich kole­gi z klasy, że to co uważa­ją za oczy­wiste w odniesie­niu do religii, rodziny, koloru skóry, ori­en­tacji sek­su­al­nej, wcale nie musi być oczy­wiste. Że każdy ma swo­ją włas­ną kolekcję wyjątkowych cech, his­torii, możli­woś­ci, i per­spek­tyw. Czy nie było­by dzieci­akom po pros­tu lżej. Czy nie była­by to pięk­na wiz­ja, w której nie musimy potem odgrze­by­wać młodych dorosłych czy starszych dorosłych spod nawału kom­plek­sów, uczu­cia lęku i stra­chu. Kto by miał na tym stracić?

 

Dla mnie Tęc­zowy piątek jest inic­jaty­wą która powin­na być początkiem. Początkiem wprowadza­nia do szkół, inic­jatyw otwier­a­ją­cych młodych ludzi, na to jak bard­zo różnorod­ny i wspani­ały jest świat w którym będą żyć, jak wiele mają dróg, jak wiele możli­woś­ci ale też jak wiele prob­lemów. Inic­jatyw które może skończył­by z lękiem, że będzie się za bard­zo. A dały radość z tego, że się po pros­tu jest. Myślę, że jako dorośli ludzie, prag­ną­cy szczęś­cia młodych, mamy wobec nich obow­iązek. Jak najm­niej stra­chu. Jak najwięcej bez­pieczeńst­wa. I aby wypełnić ten obow­iązek musimy im opowiedzieć o świecie. Tak by go rozu­mieli i się go nie bali. Inaczej do koń­ca życia mogą  udawać gran­it. Nawet jeśli są dia­mentem

0 komentarz
28

Powiązane wpisy