Home Ogólnie Ważne imprezy są 22 lipca czyli zwierzowi wpis ślubny

Ważne imprezy są 22 lipca czyli zwierzowi wpis ślubny

autor Zwierz
Ważne imprezy są 22 lipca czyli zwierzowi wpis ślubny

Zwierz sporo wam pisał o przy­go­towa­ni­ach do ślubu więc uważa za dość ucz­ci­we wobec was by ter­az kiedy jest już po wszys­tkim a zwierz jest szczęśli­wie zaślu­biony opowiedzieć dokład­nie o tym jak wszys­tko wyglą­dało i jak zwierz swo­je zaślu­biny planował. Ponieważ ludzie ogól­nie baw­ią się w orga­ni­za­c­je ślubów dość częs­to, a więk­szość z nich pod­chodzi do sprawy po raz pier­wszy (i ma zwyk­le nadzieję, że jedyny) to może jakieś rady i doświad­czenia się przy­dadzą choć jak zwierz pode­jrze­wa, są zde­cy­dowanie lep­si od niego orga­ni­za­torzy. Wszys­tko ułożone jest tem­aty­cznie, bo tak łatwej napisać.

Data – wyobraź­cie sobie, że data zaślu­bin zwierza została wybrana niekoniecznie ze wzglę­du na jej zbieżność z dniem ogłoszenia man­i­fes­tu PKWN. Otóż zwierz wraz z przyszłym małżonkiem szukali jakiejś sobo­ty w lipcu (mat­ka zwierza zabroniła mu brać ślubu w sierp­niu bo wtedy są urlopy na uczel­ni­ach i chci­ała gdzieś wyjechać). Jakoś nie przyszło nam do głowy brać ślubu w pier­wszy tydzień lip­ca kiedy hajt­nęła się chy­ba połowa ludzi, których zwierz zna na Face­booku (w każdym razie cała tabli­ca wyglą­dała jak wiel­ki album ślub­ny) tylko wybral­iśmy jeden z ostat­nich tygod­ni. Plus jest taki, że jest ciepło. Minus jest taki, że jest ciepło i w sukni ślub­nej moż­na się strasznie zgrzać. Nie mniej nic nie pobi­je momen­tu kiedy w cza­sie wyz­nacza­nia daty narzec­zony zwierza zakrzyknął „Ja naty­ch­mi­ast muszę zajrzeć do żydowskiego kalen­darza”. Pod­powiedzmy – zwierz ma jeszcze jakieś żydowskie pochodze­nie ale narzec­zony ani, ani. Data okaza­ła się jed­nak dobra zarówno w kalen­darzu zwykłym jak i żydowskim i padło na koniec lip­ca. Jak się potem okaza­ło – niemal równo rok po zaręczy­nach.

 

Data okaza­ła się naprawdę doskon­ała — był to jedyny dzień (w tam­tym tygod­niu) kiedy w Warsza­w­ie zupełnie nie padało. I dobrze bo jak­by padało zwierz próbował­by wcis­nąć wszys­t­kich goś­ci do dwóch poko­jów. Udało­by się ale było­by… przy­tul­nie :)

 

 

Zaproszenia – pro­jekt naszych zaproszeń ślub­nych wyszedł spod ręki doskon­ałej Mai Lulek, która zapro­jek­towała też grafikę na wydarze­nie na FB. Musi­cie bowiem wiedzieć, że choć Maja zapro­jek­towała nam najbardziej urocze zaproszenia jakie moż­na wymyślić (tu należy dodać, że nie zawsze zna­jdzie się grafik który tak dobrze zrozu­mie propozy­cję by narysować pan­nę młodą jako szczu­ra a pana młodego jako surykatkę) to my nie byliśmy aż tak dobrzy w ich wysyła­niu. Tak więc, żeby wiado­mość dotarła do goś­ci stworzyliśmy wydarze­nie na Face­booku (zain­spirowani pomysłem zna­jomych) co było doskon­ałym posunię­ciem bo do niek­tórych nasze zaproszenia nigdy nie dotarły. Za radą innych zna­jomych zde­cy­dowal­iśmy się na stworze­nie małej ślub­nej strony (tzn. zde­cy­dowal­iśmy się poprosić drogą Ponurą) gdzie była map­ka i nasze tele­fony jak­by po drodze goś­cie zgu­bili drogę i znaleźli się w Jaz­dowie pod Warsza­wą

 

 

Ten śmieszny moment kiedy ori­en­tu­jesz się, że co jak co ale z tył two­ja sukien­ka wyglą­dała doskonale.

 

Miejsce – zaczni­jmy od tego, że ist­nieje jakaś możli­wość że zwierz kiedyś weźmie ślub koś­ciel­ny, ale od początku jasne było, że planu­je­my ślub cywilny. Zwierz nigdy nie uważał by ślu­by cywilne były gorsze albo mniej znaczące, i dopiero w cza­sie przy­go­towań wyszedł ze swo­jej bań­ki do świa­ta gdzie ludzie rozróż­ni­a­ją przy­go­towa­nia do ślubów cywilnych i koś­ciel­nych. Jed­nocześnie, zwierz nie chci­ał korzys­tać z nowego pro­ponowanego parom rozwiąza­nia czyli zapłace­nia urzęd­nikowi za udzie­le­nie ślubu poza urzę­dem stanu cywilnego. Nie zde­cy­dował się na to z dwóch powodów. Po pier­wsze koszt – to niby tylko tysiąc zło­tych ale dodatkowy tysiąc zło­tych to przy wydatkach ślub­nych już sporo. Po drugie – Warsza­ws­ki pałac ślubów jest całkiem fajnym miejscem. Pod­chodząc czy pod­jeżdża­jąc pod budynek mija się turys­tów, jest się w samym cen­trum mias­ta. To super pomysł by jeszcze odrobinę cieszyć się dniem ślubu. Zwierz np. spotkał pod Pałacem Ślubów wycieczkę z Libanu. Kobi­ety robiły sobie ze zwierzem zdję­cie i życzyły mu wszys­tkiego najlep­szego po arab­sku, i jeszcze zwierz dowiedzi­ał się, że w libańskiej trady­cji się w taki specy­ficzny sposób „piszczy” na pan­nę młodą. No same atrakc­je. Inna sprawa, zwierz miał prze­myśl­ny plan pole­ga­ją­cy na tym aby sprowadz­ić po imprezie goś­ci do podzie­mi pałacu gdzie za opłatą moż­na ich napoić szam­panem i przyjąć życzenia. Co jest dobrym planem o ile nie jest gorą­co. Wtedy moż­na się tam rozpuś­cić co zwierz poczynił. Pałac ślubów zwierz jed­nak pole­ca (i warto dopłacić 150 zł za muzykę bo rzeczy­wiś­cie to robi różnicę). Jedyne co trze­ba jeszcze dobrze osza­cow­ać to ilość goś­ci. Zwierz nie do sza­cow­ał naszej pop­u­larnoś­ci i zamówił mniejszą salę, gdzie było jed­nak trochę tłoc­zono. A w więk­szej by się wszyscy spoko­jnie zmieś­cili.

 

 

 

Wieczór panieńs­ki – zwierz musi wam zdradz­ić, że miał prawdzi­wy wieczór panieńs­ki tzn. rzeczy­wiś­cie spotkał się z przy­jaciółka­mi wiec­zorem przed swoim ślubem. Nie było tańców i hulanek za to, w dziew­czę­cym gronie wyp­iłyśmy wino i przy­go­towałyśmy na ślub wnętrze domku w Jaz­dowie gdzie miał się odbyć piknik. Deko­rac­je zwierz kupował sam przez ostat­nie miesiące w różnych sklepach i w Tigerze. Do tego udało się nam nad­muchać sporo baloników, wyp­ić dużo wina i jeszcze prz­er­az­ić pana który przy­wiózł nam zamówione na kolację ham­burgery. Nie był to może najbardziej typowy wieczór panieńs­ki ale uwa­ga, uwa­ga jego istot­nym momentem było próbowanie na głowie zwierza w jakim splocie włosów będzie mu najład­niej na ślu­bie. Bard­zo trady­cyjnie moż­na rzec.

 

 

 

Ja wiem, że was to może nie baw­ić ale ja dosłown­ie po raz pier­wszy widzę tą sukienkę z tył w dobrym świ­etle. Wiecie to jed­na z tych rzeczy których nie oglą­da się zbyt częs­to. Włas­nych pleców w dobrym świ­etle

 

Sukien­ka – o poszuki­wa­ni­ach sukien­ki już pisałam. Ci którzy śledzą pry­watne kon­to zwierz zapewne wiedzą że tuż przed ślubem doszło do trag­icznego nie zmieszczenia się sukienkę, na skutek uty­cia w biuś­cie. W każdym razie suk­nia była gotowa w czwartek (ślub w sobotę). Zwierz chci­ał przede wszys­tkim by była na pier­wszy rzut oka ślub­na ale też niezbyt stro­j­na. Obyło się więc bez krysz­tałków a za więk­szość ozdo­by służyła koron­ka. Zwierz nie jest wielkim fanem swoich ramion więc chci­ał mieć rękawy trzy czwarte by nie myśleć cały czas jak wyglą­da­ją ramiona – to było dobre wyjś­cie. Suk­nia była szy­ta w Salonie Sukien Ślub­nych Rig­ore w Warsza­w­ie przy Jana Pawła. Każde­mu pole­cam ten salon. Jestem już chy­ba trze­cią znaną mi pan­ną młodą która szy­je tam suknie i wszys­tkie jak na razie wyglą­da­ją dobrze i są zad­owolone. Plusem był też fakt, że kraw­cowa doskonale rozu­mi­ała czego chci­ałabym od sukien­ki i nie próbowała mi narzu­cić włas­nej wiz­ji. Co zawsze jest miłe.  Sukien­ka była wygo­da ale ponieważ teo­re­ty­cznie jeszcze będzie do wyko­rzys­ta­nia to po uroczys­toś­ci z radoś­cią zwierz ją zdjął i prze­brał się w zwykłą wygod­ną sukienkę kok­ta­jlową która ma tą zaletę, że będzie służyć jeszcze na wielu imprezach.

 

Jak na to, że nie miałam żad­nego pomysłu na sukienkę ani nawet nie zas­tanaw­iałam się za bard­zo jak ma wyglą­dać to muszę przyz­nać, że wyszła dokład­nie taka jak chci­ałam.

 

Wianek – his­to­ria wian­ka jest dość urocza. Kiedy bloger­ka Rien­na­hera brała ślub jej mama zro­biła dla niej wianek. W tym wianek prób­ny – taki do sprawdzenia jak to wszys­tko będzie wyglą­dało. Zwierz był wtedy w szczy­cie miłoś­ci do wianków. I ponieważ dzieli z Martą wielkość głowy (i to chy­ba nasz jedyny wspól­ny rozmi­ar) dostał ów prób­ny wianek pocztą. Od tamtego cza­su było jasne że na ślub zwierza wianek może robić tylko jed­na oso­ba – mama Mar­ty. I tak się stało – dwa wian­ki przyszły do zwierza pocztą i oba były prześliczne. Ostate­cznie zwierz wybrał wianek więk­szy, który miał nieco więcej zie­leni. Oba były ze sztucznych kwiatów, dzię­ki czemu nie trze­ba było się zas­tanaw­iać czy dotr­wa­ją do dnia ślubu. Co więcej, nadal są w szafie i cieszą, a może pojadą nawet na kon­went. Zaś mama Mar­ty zażą­dała najsłod­szej dla pis­arza zapłaty. Trze­ba jej będzie przesłać powieść zwierza z dedykacją.

 

 

Wianek trzy­mał się na głowie dziel­nie i nie przysła­ni­ał uczesa­nia zwierza. Jedyny minus — w bard­zo ciepłe dni nawet wian­ki grze­ją w głowę.

 

Oku­lary – dla wielu może być dzi­wne, że zwierz zde­cy­dował się brać ślub w oku­larach. Ale był to wynik prostej kalku­lacji – szkieł nie noszę, i było­by złym pomysłem testować je w dniu ślubu. Ogól­nie pomysł by chodz­ić w czymś nowym i mniej nat­u­ral­nym w dniu ślubu nie jest najlep­szy. Jed­nocześnie zwierz jako stały oku­larnik powinien mieć dwie pary oku­larów na wszel­ki wypadek. Tak wiec po pros­tu zwierz spraw­ił sobie oku­lary w takim różowo-fuk­sjowym kolorze, jed­nocześnie trochę deter­min­u­jąc kolor ślub­nych dodatków i kwiatów. Co wyszło na dobre bo sam z siebie zwierz nigdy by się nie zde­cy­dował na żad­ną gamę kolorysty­czną.  Pomysł był o tyle super że ter­az mam po pros­tu dwie pary oku­larów i mogę je nosić na zmi­anę.

 

 

 

Fryzu­ra i mak­i­jaż – Jeśli chodzi o włosy to chy­ba pomysł zwierza by mieć na ślu­bie fryzurę z warkoczem wyma­gał najwięk­szego ze wszys­t­kich poświęceń. Przez rok od zaręczyn zwierz nie ści­nał włosów i miał chy­ba najdłuższe w życiu. Wszys­tko po to by nieza­wod­na Nibi – przy­jaciół­ka zwierza, mogła zapleść z nich jakieś cudo. Ostate­cznie po różnych próbach i pomysłach zde­cy­dowałyśmy się na bard­zo ład­ną i prostą fryzurę. Warkocz który szedł z boku głowy i spły­wał na roz­puszc­zone włosy na ple­cach. Na zdję­ci­ach nie zawsze to widać ale była to nie tylko ślicz­na ale przede wszys­tkim niesamowicie trwała fryzu­ra. Zwierz mógł­by ją spoko­jnie nosić też następ­nego dnia. Z kolei w przy­pad­ku mak­i­jażu sytu­ac­ja była niesły­chanie skom­p­likowana. Otóż jak może wiecie zwierz na co dzień się nie malu­je. W ogóle nie ma takiej potrze­by. Narzec­zony zwierza zaś nie jest wielkim fanem nad­miernie (czy­ta­j­cie – zwyk­le telewiz­yjnie) poma­lowanego zwierza. Na dłu­go przed ślubem stało się jasne że potrzeb­ny będzie mak­i­jaż prosty, łatwy i nie za moc­ny. Tu przyszła w sukurs przy­jaciół­ka zwierza Ponu­ra, która po pros­tu zaofer­owała poma­lowanie powiek, krót­ki tuto­r­i­al mal­owa­nia rzęs i jakąkol­wiek wiedzę o pudrze i różu. Ostate­cznie udało się nam uzyskać pożą­dany efekt a zwierz roz­mazał się dopiero w cza­sie odbiera­nia życzeń.

 

 

 

Biżu­te­ria – ogól­nie bard­zo późno zwierz zdał sobie sprawę z tego, że przy­dała­by się jakaś biżu­te­ria, a dokład­niej kol­czy­ki. Po długich poszuki­wa­ni­ach (trzy sklepy) okaza­ło się, że ide­alne kol­czy­ki były w sklepie Red Rubin. Otóż, jak w Red Rubin nie sprzeda­je czer­wonych rubinów a przy­na­jm­niej nie tylko ale moż­na u nich kupić też ład­ną biżu­ter­ię na którą składa­ją się sre­bro i kolorowe krysz­tał­ki. Zwierz takie właśnie kol­czy­ki kupił. Na pier­wszy rzut oka wyglą­da­ją jak­by obrabował zwierz skar­biec Romanowów ale mają tą zaletę, że cena była odrobinkę niższa. Ogól­nie zwierz bard­zo pole­ca. Co ciekawe zwierz miał także tore­bkę. Nab­ie­gał się za nią bard­zo, bo nie chci­ał mieć tore­b­ki brzy­d­kiej czy komu­ni­jnej. W końcu znalazł przepiękną, białą tore­bkę Kazara, która miejmy nadzieję, będzie mu służyła przez wiele lat. Po co mu była tore­b­ka? A gdzie się zmieś­ci tele­fon? Abso­lut­nie niezbęd­ny pan­nie młodej, która przy okazji jest blogerką?

 

 

Buki­et – zwierz strasznie dłu­go się zas­tanaw­iał nad tym jak zamówić buki­et bo nigdy nic w tym sty­lu nie robił. Ostate­cznie na kil­ka dni przed ślubem poszedł do niewielkiej lokalnej kwia­cia­rni i powiedzi­ał, że bierze ślub i chci­ał­by jak­iś ład­ny wiecheć. Dostał śliczny buki­et z hort­en­sji, euste­my (tak to się chy­ba nazy­wa – zwierz nie umie w nazwy kwiatów) i prosa. Jed­nak naj­ciekawsze w tym jest to, że o ile buki­et zwierza był ład­ny ale bez fajer­w­erków to już butonier­ka narzec­zonego zwierza okaza­ła się prze­cu­d­ownym dodatkiem, który sporo osób bard­zo pozy­ty­wnie komen­towało. Ogól­nie buki­et to były chy­ba jedyne kwiaty na tym ślu­bie bo zwierz jest bard­zo mało kwia­towy i woli jak ros­ną a nie więd­ną w buki­etach.

 

 

 

Pan młody –  Zwierz musi powiedzieć, że na tle wszys­t­kich zabiegów z przy­go­towaniem do ślubu jakie czeka­ją pan­nę młodą, przy­go­towa­nia młodego są śmiesznie proste. Gar­ni­tur kupil­iśmy w Mark­sie i Spencerze zaraz po Mni­fie. Koszulę w Zarze. W sum­ie najwięk­szym osiąg­nię­ciem całego ślubu był fakt, że krawat kupowal­iśmy trochę na śle­po tzn. nie do koń­ca pamię­ta­jąc w jakim odcie­niu są moje oku­lary i resz­ta dodatków. Ostate­cznie wyszło ide­al­nie bo krawat Mateusza pasował tak ide­al­nie jak­byśmy spędzili długie godziny dobier­a­jąc go kolorysty­cznie do mojego stro­ju. W sum­ie jedyny kryzys przyszedł przy wybiera­niu butów bo okaza­ło się, że Mateusz założył, że moż­na mieć jed­nocześnie buty ładne i wygodne (zwierz miał np. bard­zo ładne i kosz­marnie niewygodne buty) i marudz­ił kiedy okaza­ło się, że taki zestaw zdarza się bard­zo rzad­ko. Nato­mi­ast na imprezie po ślu­bie zadawał szyku krawa­tem w bul­doż­ki, który kupiłam mu kiedyś impul­sowo na bazarze z nieza­leżną modą. Co ciekawe – ponown­ie krawat ide­al­nie zgry­wał się kolorysty­cznie z moją sukienką.

 

 

Obrącz­ki – z obrączka­mi jest związana najbardziej zwier­zowa ślub­na his­to­ria Otóż musi­cie wiedzieć, że zwierz w prze­ci­wieńst­wie do więk­szoś­ci swoich około ślub­nych decyzji w przy­pad­ku obrączek jest niesły­chanie kon­ser­waty­wny. Dla zwierza obrącz­ka to złote kółko. I nic innego. To wyni­ka nie z gus­tu ale z myśle­nia o obrączce nie jako o pierś­cionku czy biżu­terii ale o określonym sym­bolu. W każdym razie w toku przy­go­towywa­nia i zakupu obrączek (jak­byś­cie byli bard­zo ciekawi to zwierz swo­je zakupił w YES – z wyraźną pomocą finan­sową rodziny ;) wyszło, że zwierz i jego narzec­zony mają taki sam rozmi­ar obrącz­ki (zwierz ma gru­bi­utkie palusz­ki). W sum­ie jedyne czym się różnią obrącz­ki to grawerunk­iem. Tym zaś jest PESEL – zwierz ma męża, mąż ma zwierza. Bard­zo się przy­da­je jak paniku­jesz zada­jąc sobie pytanie kiedy ta dru­ga oso­ba ma urodziny. W każdym razie w cza­sie cer­e­monii ślub­nej zwierz najpierw źle rozpoz­nał obrączkę (zobaczył swój PESEL więc uznał, że to jego obrącz­ka) a potem –co już jest kwin­tes­encją zwierza w zwierzu – zori­en­tował się, że nie ma poję­cia nie tylko na który palec ale i na którą rękę ma założyć obrączkę mężowi. Po chwili kon­ster­nacji (konieczne było oce­nie­nie na włas­nym pal­cu i włas­nej ręce co należy zro­bić) zwierz z sukce­sem założył obrączkę świeże­mu małżonkowi ale musi przyz­nać, nawet bard­zo sto­ic­ka pani z urzę­du wyglą­dała na rozbaw­ioną.

 

 

 

Wese­le zwane piknikiem– zwierz wymarzył sobie, że zami­ast zwykłego wesela – którego idea wydawała mu się dale­ka od tego co go bawi (decyz­ja nie była wyłącznie zwier­zowa!) urządzi piknik. Prob­lem w tym, gdzie znaleźć miejsce – okaza­ło się, że moż­na w Warsza­w­ie wyna­jąć dom w osied­lu Jazdów. To takie, zna­j­du­jące się w samym cen­trum mias­ta, osiedle fińs­kich domków jed­norodzin­nych. Taki fińs­ki domek trochę przy­pom­i­na więk­szy domek dzi­ałkowy, a zwyk­le otoc­zony jest naprawdę ład­nym ogro­dem. Znaleźliśmy właśnie takie miejsce – gdzie moż­na było rozłożyć leża­ki i koce. Przy dobrej pogodzie (wymodlil­iśmy jeden dzień słoń­ca) mieliśmy całą imprezę na świeżym powi­etrzu. Bez muzy­ki – żeby moż­na było pogadać, bez spiny, przemów, a także bez ele­ganc­kich ciuchów. Poprosil­iśmy zna­jomych by korzys­ta­jąc z prz­er­wy między ślubem a piknikiem prze­brali się w coś wygod­nego. Do tego była to trochę impreza skład­kowa. Nam udało się zapewnić grill i pod­sta­wowe jedze­nie ale np. hit imprezy jakim był bób po sycyli­jsku przy­wiozła nam przy­jaciół­ka aż z Gdańs­ka. Co ciekawe ludzie, którzy wyna­jęli nam domek cały czas mówili, że nie powin­niśmy być za głośno bo tu jed­nak jest cisza noc­na i ludzie mieszka­ją. Przez cały wieczór w ogrodzie obok trwał kon­cert orkiestry dętej. Ogól­nie jed­nak zwierz może powiedzieć, że jest dum­ny z tego pomysłu. Zna­jo­mi po pros­tu siedzieli, roz­maw­iali, jedli bakłażany z gril­la i dobrze się baw­ili. Tak jak zwierz sobie wymarzył.

 

 

 

Tort – kiedy oga­r­nial­iśmy nasze wesele/ nie wese­le stało się jasne, że z niek­tórych ele­men­tów musimy zrezyg­nować. Tort był jed­nym z nich bo nie za bard­zo mieliśmy fun­dusze na zapewnie­nie kawał­ka tor­tu wszys­tkim naszym piknikowym goś­ciom. Na całe szczęś­cie opa­trzność czuwała. Jed­na z zapros­zonych przy­jaciółek Zwierza w ramach prezen­tu zro­biła dwa doskon­ałe torty – na jed­nym z nich bili się nawet super bohaterowie! Co więcej – potem okaza­ło się, że ludzie chodzili po imprezie i opowiadali o tym cud­ownym cieś­cie które jedli a ci którzy prag­nęli dostać dokład­kę spo­tykali się ze smutkiem i próżnią – tak szy­bko spałas­zowano te mis­tr­zowskie kuli­narne dzieła. Najpiękniejsze zdanie wiec­zoru brzmi­ało „Bo widzisz ja się najadłem. Po pier­wszym kęsie mojego kawał­ka wiedzi­ałem że trze­ba wziąć dwa”.

 

 

 

Foto­bud­ka i prezen­ty dla goś­ci – Zwierz nigdy nie przy­puszczał, że będzie się zaj­mował taki­mi dodatka­mi do ślubu ale oba jak­by pojaw­iły się nat­u­ral­nie. Pomysł jak zor­ga­ni­zować tan­im kosztem Foto­bud­kę zwierz ściągnął z blo­ga Fash­ionel­ki. Ponieważ na 30 urodziny dostał Instax to po pros­tu dokupił kliszę i księgę goś­ci i poprosił  by każdy gość sam zro­bił sobie zdję­cie i się wpisał. Widać było, że to spraw­iało goś­ciom przy­jem­ność a ostate­cznie zwierz ma fajną pamiątkę z tego dnia ze zdję­ci­a­mi zna­jomych i z zapisany­mi przez nich życzeni­a­mi. Z kolei kwest­ię prezen­tów dla goś­ci zwierz rozwiązał w sposób dość nieoczy­wisty znaczy – będąc blogerem.  Do zwierza odezwała się bowiem ciastkar­nia Pol­ish and Cook­ies z pytaniem czy zwierz nie chci­ał­by od nich ciasteczek na ślub. Takich ślicznych ozdob­nych ciasteczek które wręcza się goś­ciom jako prezent. Zwierz oczy­wiś­cie chci­ał. I tak każdy gość który chci­ał wyjść musi­ał poin­for­mować zwierza który, żeg­nał się z nim ciasteczkiem. To było naprawdę fajne bo każdej wychodzącej oso­bie moż­na było coś dać i jed­nocześnie oso­biś­cie się pożeg­nać.

 

 

 

Zdję­cia – zdję­cia zro­biła nam genial­na Gosia Kotkow­icz. Zwierz uwiel­bia jej fotografie bo są ładne, ciepłe i łapią w ludzi­ach to co najlep­sze. Patrząc na nie zwierz czuł przede wszys­tkim, że udało się zła­pać charak­ter naszych goś­ci i wcale nie tak poważny charak­ter orga­ni­za­torów. Zwierz wie, że Gosia ma zami­ar zająć się pro­fesjon­al­nie robi­e­niem zdjęć ślub­nych. I może ją całym sercem pole­cić jako osobę która powie najpiękniejsze zdanie wiec­zoru „Robię zdję­cia tak dłu­go jak dłu­go ludzie dobrze wyglą­da­ją”.

 

 

Cud­owne ciastecz­ka przy­go­towane dla zwierza zgry­wały się ze szczurkowym zaprosze­niem. No i było co dać goś­ciom do prze­gryzienia na drogę!

Ze szczegółów chy­ba tyle.  Zwierz ma nadzieję, że ter­az wszyscy, wszys­tko wiecie. Zwierz nie ma prob­le­mu by się z tym dzielić, zwłaszcza że już ter­az coraz słabej pamię­ta przy­go­towa­nia. Ostate­cznie było warto zain­west­ować w ślub, choć udało się nam wydać chy­ba sporo mniej niż zwyk­le idzie na takie imprezy. Ale nie ukry­wa­jmy – wszys­tko dzię­ki wspani­ałym i utal­en­towanym zna­jomym, z których tal­en­tów szc­zo­drze czer­pal­iśmy. Co może jest dobrą pod­powiedz­ią by spróbować sprawdz­ić co umieją nasi zna­jo­mi i sko­rzys­tać z ich umiejęt­noś­ci.  Jed­nocześnie zwierz przyz­na wam szcz­erze, że do ter­az jest zdzi­wiony jak wszys­tko się fan­tasty­cznie udało i jak każdy ele­ment złożył się na wydarze­nie może nieco mniej trady­cyjne ale za to bard­zo zwier­zowe.  Nie mam najm­niejszych żalów związanych z imprezą ani wiz­ji że coś zro­biłabym inaczej. Stop. Jed­ną rzecz zro­biłabym zupełnie inaczej – lep­iej wyko­rzys­tała spray na komary bo następ­nego dnia miałam na nogach 48 śladów po ugryzieni­ach. A zwierz jest uczu­lony na takie kąsa­nia więc jego nogi wyglą­dały jak­by miały zmu­tować.

 

 

Orga­ni­zowanie ślubów to czasochłon­na i częs­to stre­su­ją­ca rzecz (zwłaszcza noc­ne sny o prob­lemach z trans­portem gril­la należą do ciekawych dodatków do codzi­en­nego życia). Do tego nieste­ty, nawet przy unika­niu wiel­kich kosztów, trochę pieniędzy na to idzie (moż­na nie robić imprezy  i wtedy też jest fajnie). Nato­mi­ast całość jest w sum­ie po to by trzy tygod­nie po ślu­bie w połowie zda­nia „Muszę zadz­wonić do Mateusza” zde­cy­dować się na zdanie „ Muszę zadz­wonić do męża”. I to jest bard­zo miłe zdanie. Bard­zo warte wszys­tkiego.

Ps: Ponieważ to chy­ba nasz ostat­ni wpis ślub­ny to jak macie jakieś pyta­nia to zadawa­j­cie je w komen­tarzach bo potem nie będzie szan­sy.

34 komentarze
1

Powiązane wpisy