Dwie kobiety i ludobójstwo czyli o „Ptaki śpiewają w Kigali”

02/10/2017

Rewolwer i garnitur czyli o Kingsman: Złoty Krąg

02/10/2017

10 przyczyn dla których Botoks odniósł sukces czyli to nie jest recenzja tego filmu

02/10/2017

Ten wpis to nie jest recenzja filmu Botoks. Na nowy film Patryka Vegi się zwierz nie wybiera i nie wybierał. To jest analiza dlaczego – oceniony tragicznie przez niemal wszystkich recenzentów film reżysera który od dawna nie wyprodukował nic dającego się oglądać – znów jest najpopularniejszą produkcją w kinach.

Zacznijmy od faktów. Polacy lubią chodzić do kina na polskie produkcje. I na animacje. Co zresztą dość dobrze pokazuje profil polskiego kinomana który raczej nie jest zainteresowany kinem jako takim, tylko jako miejscem gdzie idzie się przede wszystkim z dzieckiem. To sprawa ogólnie dobrze znana – wynikająca z tego, że kino nie jest tak popularną rozrywką jak się nam wydaje. Ludzie nie traktują chodzenia do kina jako coś oczywistego. O tym zwierz będzie pisać dalej. Wróćmy jednak do polskich produkcji. Tak jest od lat, niezależnie od tego czy Vega nakręci jakiś film czy nie. Wiąże się to z wieloma różnymi rzeczami. Poczynając od sympatii do produkcji które nie mają napisów po fakt, że jeśli ludzie nie interesują się kinem ale np. oglądają telewizję to aktorzy polscy są im lepiej znani. Nie jest to specyfika wyłącznie polska, jest wiele krajów gdzie produkcje miejscowe mają zawsze większe szanse na powodzenie w kinach.

Druga sprawa to kwestia konkurencji. Widzicie każdy film wchodzący na ekrany musi zmierzyć się z potencjalną konkurencją. Botoks konkurencji nie ma. Jeśli zajrzycie w tym momencie do repertuarów kin to odkryjecie, że mamy może nie posuchę ale okres bez wielkich premier. To zwykle się zdarza na przełomie września i października, kiedy już jest po sezonie wielkich wakacyjnych hitów a jeszcze przed sezonem filmów Oscarowych (Z którymi Botoks i tak by się nie ścigał) i produkcji przygotowanych na okres Bożego Narodzenia i Święta Dziękczynienia. Innymi słowy – ludzie poszli na Botoks także dlatego, że nic innego w kinach ciekawego nie znaleźli.

Sprawa trzecia to kwestia tego jak w przypadku Botoksu zachowały się kina – ponownie nie mając żadnego wielkiego hitu i pamiętając o popularności obu Pitbulli zdecydowały się na zabieg jaki zdarza się rzadko, ale zawsze skutkuje. Jednego dnia seanse Botoksu są nawet co godzinę. Co znaczy że każdy kto przyjdzie do kina – czy to zobaczyć nowy film Vegi, czy to po prostu – na coś co jest w repertuarze znajdzie się w bliskiej okolicy kolejnego seansu Botoksu. To cudowny system bo zasysa na takie pokazy nawet ludzi którzy niekoniecznie byliby gotowi poczekać dwie godziny na kolejny seans. Zresztą podobnie niektóre kina robią przy każdej większej premierze polskiej – bo wiadomo, że ludzie nie mając sprecyzowanych planów wybiorą polski film.

Czwarta sprawa – reklama. Botoks – niezależnie od tego co myśli się o samym filmie miał bardzo dobrze przygotowaną kampanię reklamową. Już trailer filmu był odpowiednio – na modłę zachodnią – zapowiadany przez samego reżysera i komentowany w social media. Olbrzymia popularność trailera wynika min. z tego, że w Polsce wciąż nie robi się szumu wokół zwiastunów produkcji krajowych – stąd kiedy ktoś w to zainwestuje ma potem szansę cieszyć się wynikami. Do tego odpowiednio przygotowane plakaty. Choć pod względem jakości zarówno plakaty jak i zwiastun powodował u krytyków zgrzytanie zębami to spełnił swoje zadanie – po pierwsze przyciągnęły uwagę. Po drugie obiecywały prawdziwe, szokujące historie i wsadzanie kija w mrowisko.

Nie można też zapomnieć o punkcie piątym – Vega ma już istniejącą wyrobioną widownię. Ta widownia była mile zaskoczona Pitbullem – który jeszcze jako tako miał sens. Być może druga odsłona Pitbulla nieco naruszyła ich zainteresowanie serią, ale niekoniecznie odstraszyła od reżysera. Oznacza to, że całkiem sporo osób poszło na film niekoniecznie dlatego, że jest zainteresowana samym Botoksem ale dlatego, że mają miłe wspomnienie z poprzedniego filmu Vegi. Ponieważ Vega to reżyser ostatnio dość regularnie dający nowe produkcje – i mający dodatkową obecność medialną dzięki Showmax (brr…) to ludzie idą bo może to będzie ciekawe. Jak słusznie zauważył ktoś na stronie reżysera – za bilet płaci się przed seansem. Stąd – mimo, że zdaniem zwierza Botoks jest niesamowicie szkodliwym filmem (we współczesnej Polsce) – należy patrzeć na sukces kasowy raczej jako na potwierdzenie zamiłowania polaków do kina spod znaku Vegi. A niekoniecznie zainteresowania samą tematyką.

No właśnie tu czas na punkt szósty. Botoks jest filmem który moglibyśmy nazwać kinowym tabloidem, Bierzemy coś co przypomina fakt (największą pretensję należy mieć do twórcy za twierdzenie że opiera swoje historie na prawdziwych przypadkach czego nie robi) podkręcamy, dorzucamy sztuczną krew i mnóstwo obrzydliwości. Dlaczego? Bo to uruchamia dość podstawowe zainteresowanie – nie chcę patrzeć, ale patrzę, mówią że nie powinno się patrzeć ale patrzę. Żyjemy w czasach kiedy takie treści cieszą się coraz większym powodzeniem. Jasne – są one specjalnie na potrzeby filmu ubrane w filmowy kostium ale dostarczają podobnych emocji i spełniają te same potrzeby. Oczywiście odpowiedzialny filmowiec wie, że na takich instynktach nie wypada grać. Ale Vega nie jest odpowiedzialnym filmowcem. Jednocześnie, wydaje się, że znalazł klucz do serca polskiego widza masowego. Dlaczego poszło mu łatwo? Bo zasadniczo nie kręci filmów. Robi luźno powiązaną serię skeczów. Marnych skeczów, ale powiedzcie – czym kabarety karmiły polskich widzów przez ostatnią dekadę? No właśnie marnymi skeczami. Humor jest więc podwórkowy, niewyrafinowany – oparty o dowcipny których raczej nie wypada opowiedzieć w towarzystwie. Czyli te najlepsze. Do tego ładne ujęcia miast i ogólnie – raczej ładne ujęcia – nawet jeśli nie mające nic ładnego do ujęcia. Taka poszatkowana struktura się sprawdza, bo zasadniczo rzecz biorąc nie zmusza do skupiania uwagi. Akcja jest przecież drugorzędna, podobnie jak fabuła. Ważne są te krótkie scenki.

Punkt siódmy możemy uznać za punkt społeczny. Otóż Vega zrobił film o służbie zdrowia. Skierował go do ludzi z przesłaniem „służba zdrowia jest zła a 17% osób nie przeżywa operacji”. To oznacza że zaczyna karmić się lękiem przed spotkaniem z państwową służbą zdrowia. Lękiem niekoniecznie zupełnie nie uzasadnionym ale nie wynikającym z faktu, że wszyscy są niekompetentni i bezduszni ale z faktu, że mamy niedofinansowany, przeciążony system który nie jest w stanie obsłużyć wszystkich w odpowiedni sposób i nadal ciąży mu spuścizna PRL. Nie mniej film Vegi nie chce tłumaczyć widzowi na czym polega skomplikowany problem służby zdrowia. Bo to nie jest ciekawe. Ciekawe jest powtarzanie sobie straszliwych historii czy „śmiesznych” anegdot z SOR albo opowiadanie o wszechmocnych koncernach farmaceutycznych. To rozpala wyobraźnie i każdy miał kuzyna który miał krewną która widziała takie straszne rzeczy w szpitalu. Do tego korzysta z niechęci do lekarzy, która wynika między innymi stąd  że do szpitala czy na SOR zwykle trafiamy w sytuacji która dla nas jest nieprzyjemna i stresująca ale dla lekarza stanowi jego codzienny zawód. Często niezależnie od zachowania lekarza mielibyśmy ze szpitala jak najgorsze wspomnienia. Jednocześnie, wciąż lekarze są u nas postrzegani jako osoby które dobrze zarabiają i mają pacjenta gdzieś. Taki Botoks Vegi może bardzo utrudnić młodym lekarzom, którzy rozpoczęli dość desperacki strajk głodowy, wyjaśnienie ludziom że nie śpią na pieniądzach. Po prostu nie śpią. Bo muszą nas leczyć. Dodatkowo Vega doskonale wpisuje się w swoisty odwrót od medycyny jako przestrzeni nieludzkiej i okrutnej. Już mamy w Polsce coraz więcej przypadków ludzi którzy wolą znachorów czy witaminę C od terapii. Bo znachor nie pomoże ale przecież ludzki człowiek, poza systemem, poza złą Big Pharmą. Na pewno, bardziej godzien zaufania.

Tu przechodzimy do punktu ósmego –  Vega doskonale wpisuje się w swoistą filmową „walkę klas”. Krytyka jego filmów prowadzona jest przecież zawsze przez recenzentów snobów. Ludzi zapewne opłaconych (niedawna sugestia reżysera). W takiej sytuacji krytyka filmu, nie jest wskazaniem słabych stron produkcji ale „nagonką” na reżysera. Skoro wszyscy mówią źle, to chociażby z przekory człowiek powinien filmu bronić, albo bronić prawda reżysera Vegi do kręcenia czego chce. Dodajmy wysoką frekwencję w kinach i oto dostajemy idealne dzieło wyklęte. Skazane na niepamięć przez recenzentów a jednocześnie rosnące na każdym krytycznym zdaniu. To swoisty potwór z którym nie da się wygrać. Brak głosów krytycznych sprawia, że film funkcjonuje bez odpowiedniego krytycznego omówienia. Omówienia koniecznego! Bo przecież zadaniem recenzenta jest wskazywać nie tylko filmy warte uwagi ale warte też otwartej dyskusji czy wręcz potępienia. Ale jednocześnie każdy tekst – kładzie podwaliny pod historię o biednym popularnym reżyserze którego ktoś chce zniszczyć. Dlaczego? To chyba jasne. Po pierwsze z zazdrości – najpopularniejszego w Polsce wyjaśnienia dla jakichkolwiek głosów krytycznych. Po drugie – krytyka potwierdza prawdziwość stawianych tez. Zgodni z pokręconą myślą, że nikt nie krytykowałby złego filmu bo jest po prostu zły. Krytyka musi więc oznaczać że film mówi prawdę. To jest taka pułapka z której się nie da wyjść. Zignorujesz – nie dobrze, skomentujesz – też źle.

Stąd krok do naszego punktu dziewiątego – Vega który napisał dziś u siebie na FB o tym że jego film jest światłem w świecie ogarniętym ciemnością. Jest jakimś wiechciem kijów wsadzonym w mrowisko. Co oczywiście ponownie przenosi film z kategorii rozrywki do przedziwnej kategorii filmów ważnych. Vega dobrze wie co robi – skoro „oni” mają swoje własne ważne filmy o współczesnej Polsce, to my też mamy swoje. Już nie rozrywka do piwka tylko ważny film o realiach. Kim są my? Cholera wie tak naprawdę. My to ludzie, których nie obchodzi filmowa nagroda w Gdyni, którzy naprawdę gdzieś mają Oscary, którzy idą do kina się dobrze bawić i pośmiać, którzy mają dość historycznego smęcenia, jakichś produkcji na podstawie książek których nikt nie czytał czy milczących refleksji and ludobójstwem. Owo ‘my” tak naprawdę formalnie nie istnieje, ale jednocześnie jest bardzo skutecznie tworzone przez twórcę filmu, który przy okazji przypomina, że „My” musimy dawać filmowi dobre oceny na Filmwebie. Co raczej się nie udaje bo jeśli kiedykolwiek jakiekolwiek „my” by istniało to nawet polski portal z oceną filmów miałoby gdzieś. Bo to nie są widzowie którzy będą chcieli się podzielić jakąkolwiek szerszą refleksją nad filmem. Inna sprawa – warta poruszenia – że tak naprawdę ponieważ w Polsce rynek filmowy jest bardzo płytki to nie ma formalnego rozróżnienia pomiędzy aktorami którzy angażują się w produkcje wartościowe i bezwartościowe. Co znaczy, że widzowie mogą spokojnie zadawać sobie pytanie dlaczego aktor miałby być taki krytykowany za występ u Vegi a chwalony za swoje poczynania na planie innego reżysera. Ta granica pomiędzy tym co „ich” a „nasze” wydaje się stosunkowo cienka a jednocześnie – wciąż wzmacniana przez podsycającego konflikt twórcę.

Na koniec punkt dziesiąty, Chcecie wiedzieć skąd się bierze popularność Vegi? Z naszych wieloletnich zaniedbań. Z tego, że Polacy są obecnie bardzo marnymi widzami. Bez względu na wiek, płeć czy pochodzenie społeczne. Jeśli przez tyle lat ma się gdzieś jakąkolwiek edukację filmową to czego w sumie się spodziewać? Kino w Polsce to kwestia bardzo prywatna istniejąca poza granicami wykształcenia i edukacji. Ludzie mają dyplomy ale kiedy zaczynamy rozmawiać o kinie niewiele wiedzą. Niewiele ich interesuje. Jak pokazują wspomniane wcześniej informacje – pójdą do kina z dzieckiem, póki jest małe. Ale po tym okresie chodzenia na kreskówki chodzenie do kina się urywa. Z wielu powodów – także ekonomicznych, kino jest w Polsce drogie, widzowie w mniejszych miejscowościach mają małą szansę na obejrzenie czegoś poza największym hitem sezonu (np. Botoksem). Tam gdzie nie ma kanonu, gdzie nie ma nacisku społecznego, gdzie każdy sobie sterem żeglarzem okrętem, najłatwiej uderzyć w niskie tony. Największej grupie ludzi najłatwiej sprzedać to co żeruje na najniższych instynktach. Tym co broni przed takimi produkcjami jest kultura filmowa danego kraju. Ale u nas – mimo wielkich tradycji, kultura leży i kwiczy. Na nasze własne życzenie.

Jak widać sukces Botoksu ma wielu ojców czy matek. Z jednej strony mamy po prostu przykład doskonałego wykorzystania odpowiedniego momentu roku, kiedy kina wspomogą dystrybutora w nakręcaniu widowni. Mamy też produkcję doskonale korespondującą z lękami społecznymi. Na końcu mamy widownię która wciąż ma za mało mechanizmów obronnych. I tak Botoks jest sukcesem. Ale jest pocieszenie – istnieje możliwość, że Vega zrobi dokładnie to samo co większość reżyserów jego pokroju. Będzie wciąż próbował tej samej sztuczki. Zwierz daje mu góra dwa filmy a potem się będziemy zastanawiali jak się nazywał ten reżyser, któremu wydawało się, że można nauczyć się fachu od oglądania Pulp Fiction.

 

Ps: To nie jest recenzja Botoksu, zwierz go nie widział, to jest omówienie pewnego zjawiska w kinach. Powtarzam bo nie chcę komentarzy „recenzuje a nie widziała”. Nie recenzuję filmów których nie widziałam. Ale to co się wokół filmu dzieje widzę jak na dłoni.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • i_am_keyser_soze

    „Kino w Polsce to kwestia bardzo prywatna istniejąca poza granicami wykształcenia i edukacji” – nie tylko kino. To samo dotyczy muzyki, teatru, malarstwa itd., itd. A czym się nie zainteresuje Ani/Jasia, to nie będzie obchodziło Anny/Jana.

    • zpopk

      Zgadzam się ale jednocześnie – kino jest totalnie osierocone będą jednocześnie najbardziej popularną z tych rozrywek.

    • Moja znajoma porównała kiedyś nasz dostęp do kultury z Wielką Brytanią – gdzie za całkiem nieduże pieniądze można wybrać się choćby na sztukę teatralną w której grają popularni i dobrzy aktorzy (patrz: David Tennant, Tom Hiddleston, Benedict Cumberbatch). W takich warunkach przeciętny Kowalski choćby z ciekawości trafi pewnego dnia do teatru i, krok po kroku, będzie mógł wyrobić sobie gust kulturalny. W Polsce to się też na szczęście zmienia, niestety bardzo powoli. Jakby nie patrzeć, coraz częściej kultura jest dostępna dla szerszego grona ludzi. I nie chodzi tylko o kino (tanie środy w Cinema City czy karta unlimited). Świetnym przykładem jest tu Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie. Jest z nim trochę jak z tym teatrem w Wielkiej Brytanii – pojawiają się wielkie nazwiska, najlepsze w kraju orkiestry, chóry i wokaliści, a bilety pozostają na poziomie pomiędzy 20 a 60 złotych. Jako wielka pasjonatka muzyki filmowej zaczynam odczuwać różnicę w społeczeństwie. Coraz częściej spotykam osoby, które np. od lat nie były w kinie i filmy poznają przez telewizję, ale ze względu na atrakcyjne ceny biletów wybrały się na FMF i potrafią wskazać utwory jakie tam grano. Tak sobie myślę, że to krok w dobrą stronę. Gdyby więcej imprez było tak szeroko dostępnych, to społeczeństwo miałoby dużo większą szansę na dobrą edukację kulturalną. Niestety nie ze strony państwa, ale od rodziców, którzy sami mieli możliwość wyrobienia sobie gustu filmowego/muzycznego itd.

    • Peter Wimsey

      Teatr i malarstwo są przedstawiane w toku edukacji jako Sztuki, które generalnie mają Historię oraz Zasady, są Mądre i jeśli ktoś jest złakniony Rozrywek Wyższych, to po szkole wie przynajmniej gdzie po nie iść – kino w szkole to jest najczęściej jakaś dziwaczna sztuka pt. ekranizacje lektur i innych klasyków, ew. „ważne” filmy historyczne, o filmie w ogóle nie mówiło się przynajmniej za moich czasów dawnych praktycznie nic (moja super polonistka pokazała nam kilka dobrych filmów, ale też bez specjalnych wprowadzeń od strony filmowej i zupełnie poza programem). Podobnie jak w przypadku muzyki powstaje często w ludziach jakieś takie pojęcie, że są takie rzeczy popularne i masowe, i że to jest fajna rozrywka (ale na pewno nie coś, co byłoby godne omawiania w szkole, właśnie takie coś, co ma prywatnie sprawiać przyjemność, pasować do gustu itp.) i są takie rzeczy bardzo ą ę, ale to już jest Rozrywka Wyższa, chociaż nie na tyle ważna, żeby trafiła do szkoły, więc już totalnie tajemnicza. Co nie daje narzędzi do oglądania i doceniania ani kina bardziej artystycznego ani bardziej popularnego.

      • i_am_keyser_soze

        Też kończyłem polską szkolę i poprzez dzieci znajomych wiem jak to potem wyglądało, bo się interesowałem tym zagadnieniem konkretnie. Prawda jest taka, że polska szkoła szeroko rozumianą kulturę traktuje po łebkach i w ogóle nie przygotowuje ludzi do obcowania ze sztuką. Ile razy słyszałem kwadratową bzdurę, że sztuka współczesna jest zupełnie niezrozumiała, fajne jest malarstwo dawne bo wiadomo co przedstawia, to głowa mała.

  • Pau

    Nie jestem przekonana, czy zajęcia w szkole wiele by zmieniły. Niby ludzie czytają w szkole literaturę, a przynajmniej omawiają, ale nie widać, żeby to ich jakoś specjalnie nauczyło doceniać dobrą literaturę i stawali się potem jej wielkimi miłośnikami.

    • zpopk

      Moim zdaniem wiele by zmieniło. To nie chodzi o to by ludzie czytali wyłącznie dobrą literaturę, ale chodzi o to, że nawet by czytać literaturę popularną trzeba mieć pewne umiejętności. Jeśli chodzi o oglądanie filmów zostawiamy ludzi bez żadnych umiejętności. A filmu też trzeba umieć oglądać. Inna sprawa że najwięcej czytają młodzi ludzie – najgorzej starsi – tymczasem u nas młodzi ludzie nie umieją nawet dobrze oglądać żeby mieć co zapomnieć.

      • Pau

        Pomysł fajny tylko, czy istotnie wpłynęłoby na popularność takich filmów? Obawiam się, że raczej nie, a jeśli już to minimalnie. Tak jak przerabianie literatury w szkole nie wydaje się wpływać za bardzo na popularność takich dzieł jak 50 twarzy Grey’a.

        • Magdalena Jawor

          Sądzę, że nawet o Greyu można by porozmawiać w sposób, który nauczyłby czytelnika czegoś o odbiorze kultury. „Dlaczego książka ci się podobała?” – to genialne pytanie, jeśli nikt nie oczekuje od ciebie utartej, mądrze brzmiącej odpowiedzi przepisanej z Brykowiska, tylko szczerej refleksji. „Bo lubię utożsamiać się z bohaterką”, „Bo lubię fantazjować o Greyu”, „Bo jest przejrzyście napisana i wszystko rozumiem” – no kaman, z jakiegoś powodu ludzie lubią tę książkę. To nie jest tak, że Grey to po prostu crap i lepiej już czytać etykietę od zupy w puszce. Ludzie czytają tę książkę (moim zdaniem) z wyżej wymienionych powodów, ale gdyby sie do tego przyznali, naraziliby się na śmiech ze strony nauczyciela i co bardziej „obytych” kolegów. Tak więc król dalej jest nagi, a wszyscy kiwają głowami nad kunsztem jego szat.

          Jeśli da się czytelnikowi pozwolenie na wyrażanie własnych opinii, mozna otwierać dyskusję. Jeśli od zupełnego laika (a tacy, nie oszukujmy się, wypełniają 90% gimnazjalnych czy licealnych ławek) wymaga się żonglowania poczwiennictwem i kolonializmem, to nie dziwota, że terminy te będą używane losowo, na chybił trafił, przepisane bezmyślnie z wikipedii, bo mądrze brzmią. Pamiętam, jak diametralnie inaczej czułam się przy omawianiu „Zbrodni i kary”, a jak przy „Cierpieniach młodego Wertera”, których nie cierpię i nie potrafię zgodzić się z tokiem jego omawiania w LO. Wyobrażam sobie, że gdyby dać ludziom prawo do nierozumienia, nieczucia i (zwyczajnie) nielubienia poszczególnych lektur (ofc z omówieniem dlaczego, a nie jako sposobu na uniknięcie omawiania), mogłoby być lepiej.

          Niestety, jest u nas takie głupie przekonanie, że o gustach się nie dyskutuje – moim zdaniem fatalny błąd, bo stawia takiego ucznia od razu na pozycji kogoś, kto się nie zna, a jego upodobania i obserwacje własne nikogo nie obchodzą. Po co więc zastanawiać się nad walorami dzieła? Lepiej przepisać z internetu to, co powiedzieli mądrzy ludzie.

          • Gizmo

            Odnośnie wypowiadania się na temat tego, co się danym dziele czytelnikowi podobało, a co nie, dlaczego jakaś książka mu się podobała, a inna nie, to powiem z przykrością, że bardzo dużo osób tego nie umie albo uważa/twierdzi, że nie umie. Piszę amatorskie teksty, głównie fanfiction, choć nie tylko, i naczytałam się w komentarzach oraz wiadomościach prywatnych, jak to jeden czy drugi czytelnik nie umie komentować (zdaniem owego czytelnika, żeby nie było). Tam, gdzie jest to możliwe (bo np. niektóre fora na tego rodzaju komentarze nie pozwalają), gro komentarzy – o ile w ogóle są jakieś komentarze – zamyka się w słowach „(Nie) Podobało mi się”, „Fajne”, „Kiedy next?” Ludzie czytają, ale nawet jeśli im się coś podoba, nie umieją powiedzieć co konkretnie albo dlaczego. I to w internecie, gdzie przecież są anonimowi i w większości przypadków nikt ich nie wyśmieje (choć przyznam, że tak, zdarzają się komentarze do komentarzy; rzadko, ale się zdarzają), a nie przed polonistą na lekcji. Więc z tym odpowiadaniem na pytanie, dlaczego książka się (nie) podoba – bez względu na to, o jaką książkę by nie chodziło – nie jest w moim odczuciu wcale tak różowo. Być może dlatego, że gro czytelników wcale nie zastanawia się nad tym, dlaczego im się coś podoba, a coś innego nie. Podoba się – ok. Nie podoba się – ok. A reszta jest milczeniem.

          • Magdalena Jawor

            Toteż piszę – nie umieją, bo nawet przy omawianiu lektur się ich tego nie uczy. Mają wpajane, że nie ich zdanie, ale mądre terminy i jedyne słuszne omówienie z neta się liczy. Po co mają się zastanawiać, jakie środki stylistyczne sprawiają, że Wiedźmina czyta się ludziom łatwo i przyjemnie, a Krzyżaków ciężko, skoro Sienkiewicz wielkim pisarzem był, a Wiedźmin to tylko czytadło dla nastolatków (i założę się, że znalazłaby się masa nauczycieli, którzy uznaliby go za książkę zupełnie pozbawioną wartości)?

            Powtarzam: dyskusja i uszanowanie cudzej opinii. Od tego można zacząć (a nie na tym zakończyć) omawianie tekstów kultury w szkole.

          • Shakuahi

            Do dziś pamiętam jak w pierwszej klasie gimnazjum dostałam pałę za skrytykowanie Romeo i Julia. Nie pamiętam swoich argumentów, pewnie wiele wspólnego z profesjonalną krytyką literacką nie miały, ale w końcu to miała być moja własna recenzja więc podałam i uzasadniłam swoje argumenty. Co mi Pani polonistka napisała pod recenzją? Że jestem za młoda na krytykowanie Szekspira.

          • Marta M

            Ja to mam w ogóle wrażenie, że w naszym systemie niestety wielu nauczycieli jest sfrustrowanych co przekłada się na jakość prowadzonych lekcji. Poza tym, że duża grupa z w/w nie potrafi dyskutować, a nastawiona jest raczej na wykładanie prawd objawionych (kto wielkim poetą był, wiadomo).

    • Tomek

      Uczniowie szkół chętnie czytają książki, nie tylko lektury. Być może dzięki edukacji właśnie, a może dzięki Potterowi i głupim historiom o wampirach. W każdym razie 86% młodych ludzi czyta książki, podczas gdy ogólny poziom czytelnictwa to coś między 35% a 40%.

    • Magdalena Jawor

      Mi wydaje się, że obecny sposób omawiania lektur bardziej obrzydza dzieciom i młodzieży czytanie, niż ich do niego zachęca. Omawiane książki nie są bliskie życiu i problemom młodych – lektury z podstawówki są w większości nudne i dziecinne („Na jagody”, „Plastusiowy pamiętnik”), po czym po bardzo krótkim etapie literatury faktycznie dopasowanej gwałtownie przeskakują w utwory bardzo trudne w odbiorze, jak „Krzyżacy” czy nowelki pozytywistyczne. Dodajmy do tego ilość owych lektur – 6 rocznie to minimum, tylko lektury obowiązkowe. Tak, wiem, że można czytać dużo więcej książek (sama przeczytałam sześćsetstronicowego Harry’ego Pottera w 2 dni), ale czym innym jest wpaść w książkowy cug i chłonąć lekturę jak gąbka, a czym innym męczyć nudnych i niezrozumiałych dla dwunastolatka „Krzyżaków”, czytając po trzy razy każde zdanie by cokolwiek zrozumieć. Dołóżmy do tego odrobienie innych lekcji, zajęcia dodatkowe i czas wolny, i nagle okazuje się, że nic dziwnego, że dzieci po prostu nie czytają lektur, tylko streszczenia z neta. Ach, no właśnie – dochodzi jeszcze sposób omawiania tych lektur, liberalny i rozwijający w dzieciach własną opinię jak obóz harcerski pod egidą Hitlerjugend. Otóż, im niższa klasa tym gorzej – pamiętam z podstawówki, że dopiero w czwartej klasie w wypracowaniach mozna było określić, „Czy lektura ci się podobała – opisz i uzasadnij”. Wczesniej polecenie brzmiało: „Dlaczego lektura ci się podobała – opisz i uzasadnij”. Nie przesadzam, tak było.

      tl;dr: Lektury omawia się źle i dlatego nie zachęcają one do czytania (no chyba, że streszczeń). Gdyby filmy omawiano w podobny sposób, to raczej też nie byłoby dobrze, ale gdyby postawić bardziej na otwartą dyskusję i większą dowolność w wyborze książki/filmu przez dzieci, to może nawet cos by drgnęło.

      • Pau

        Ja się z Tobą całkowicie zgadzam co do tego, że lektury są bardzo często źle omawiane. Obawiam się tylko, że omawianie filmów nie wyglądałby specjalnie inaczej i dzieciaki dowiedziałby się prawd w stylu „X wielkim reżyserem był, albowiem wielkim reżyserem był. Wielu mądrych ludzi tak twierdzi, to musi tak być.”

        Jeśli omawianie miałoby polegać na przedstawianiu swojej opinii i argumentów, to faktycznie takie zajęcia miałyby sens i dałby zapewne znacznie więcej. To oznacza jednak, że najpierw musiałby nastąpić rewolucja w podejściu do nauczania patrząc na to, jak powszechne jest to złe podejście.

  • Yavin

    Czytając ten tekst, akurat słyszałam z salonu (z włączoną telewizją) reklamę tego filmu, dlatego coś z tą reklamą musi chyba być na rzeczy (żyjąc w swoim małym popkulturalnym bąbelku zaczęłam słyszeć o filmie za sprawą krytycznych głosów blogerów). Jednocześnie przypomina mi się, że kiedy w swojej Warszawie mam kilkaset metrów na piechotę od Cinema City z międzynarodową ofertą, zawsze kiedy jeżdżę do rodzinnego miasteczka (tego od święcenia windy w ratuszu) i mam okazję spojrzeć na repertuar kina w lokalnym ~centrum rozrywki~, to są dokładnie dwa filmy, zgodne zazwyczaj z kluczem: animacja dla dzieci i polska komedia.

    • zpopk

      No właśnie, dostęp do szerokiego repertuaru kinowego w Polsce jest mocno ograniczony. A to oznacza że większość osób z mniejszych miejscowości jeśli lubi kino nawet chcąc nie chcąc jest trochę na polską kinematografię skazana.

  • Peter Wimsey

    Tak troszeczkę odbiegając od tematu, a propos kina traktowanego jako rozrywka dla dzieci, w ogóle mam takie przygnębiające wrażenie, że Polacy, czy to dlatego, że to dziedzictwo ciężkiego życia na wsi, czy to szarego PRLu, czy to wciąż nasza relatywna bieda wobec innych krajów europejskich, czy to zaharowanie przez wilczy kapitalizm, w kazdym razie z jakichś przyczyn są wyjątkowo wręcz skłonni myśleć o wielu rozrywkach jako czymś tylko lub przede wszystkim dla dzieci. Książki kupują dzieciom, sobie – wiadomo. Do kina z dziećmi na animację. Prezenty pod choinkę – w wielu rodzinach daje się tylko dzieciom. Mam nadzieję, że dane nam będzie stać się narodem trochę milszym dla dorosłych…

    • Kinga Kołakowska

      To też mnie smuci. Jak się bawisz czy masz hobby to jesteś dziecinna/y. No chyba że to hobby to nauka kolejnego języka żeby dostać lepszą pracę, to wtedy spoko. Mam wrażenie, że to dalej to podejście kraju na dorobku, w którym ludzie nie mają czasu ani potrzeby mieć rozrywki. Kolejne pokolenie się powoli zmienia ale od poprzedniego ciągle dostaje, że to są wymówki żeby nie pracować ;(.

  • CzlowiekDrugiegoSortu

    Kino jest rozrywka, do tego zostalo stworzone i temu ma sluzyc a nie rwfleksje na temat sensu tego filmu. Film bawi masy? No bawi i o to chodzi bo to rozrywka. Przeciez analiza takiego film to jak rozwodzenie sie nad tym.czy rodzica z filmu Kevin sam domu powinno sie odebrac prawa rodzicielskie za zaniedbanie dziecka i ewentualne porzucenie i narazenie na niebezpieczenstwo. Vega w swoj prymitywny sposob bawi gdyby sie nie podobalo to po pitbullach ludzie by olali a jednak leca do kin. Przepraszamy my wszyscy zacofani kinowi zwiedzace ze wolimy taka rozrywke niz superambitne kino gdzie doswiadczyli bysmy licznych zyciowych reflekcji…fuck off wole rozrywke uważana za kicz niz oglqdanie flakowatych melodramatow nad ktorymi pozniej ludzie z kijami w dupie rozwodza sie na spotkaniach towarzyskich

    • zpopk

      1. Kino przestano uważać wyłącznie za rozrywkę w 1908 roku.
      2. To, że coś jest rozrywką nie oznacza że nie można tego oceniać w kategoriach etycznych i estetycznych, więcej, rzeczy bardzo popularne koniecznie muszą być oceniane z tych dwóch punktów widzenia.
      3. Kevin Sam w Domu nie przenosił się na utwierdzanie szkodliwych stereotypów społecznych. Co nie zmienia faktu, ze jak najbardziej uzasadniona jest dyskusja na temat przemocy w filmach dla młodych ludzi. Na tym polega krytyka kultury.
      4.Nigdzie nie nazwałam nikogo zacofanym – wskazuję, że niekoniecznie każdy widz kinowy jest w stanie wskazać dobrą rozrywkę, bo nie posiada umiejętności. To, że kogoś coś bawi nie czyni tego dobrym i nieszkodliwym.
      5. Serio czy naprawdę uważasz że albo rozrywka albo flakowaty melodramat? Nie przyszło ci do głowy, że na blogu o popkulturze moja niechęć do filmów Vegi może wynikać z faktu, że uważam iż za mało stawiamy za niskie progi rozrywce. Dobra rozrywka jest lepsza niż słaba.
      6. Kurdę serio to jest blog o serialach i filmach które są w kinie. Serio zarzucasz mi snobizm ?

      • Nie_mam_kołka_w_dupie

        Zgadzam się ze Zwierzem: film zarobi, bo za bilety płaci się przed seansem. Koleżanka wybrała się w weekend na film, bo:
        a) nie grali nic innego,
        b) oglądała Pitbulla i nawet jej się podobało, ergo: spodziewała się czegoś w tym stylu.
        Jaki był efekt? Po raz pierwszy w życiu wyszła z sali w trakcie filmu. Stwierdziła, że tak głupiego i obrzydliwego filmu jeszcze nie widziała. Oddajcie za bilety! Ja nie wybrałam się na Botoks, bo zwyczajnie nie lubię filmów Vegi (to już wolę z dzieckiem pójść na kucyki!).

      • monilip

        Zwierzu, czytam cię od bardzo dawna, zgadzam się albo nie z twoimi recenzjami i uwagami (ale w jednym i drugim przypadku lubię je czytać bo lubię twój styl), ale czasami z twoich tekstów wychodzi… snobizm? Nie wiem czy tam bym to nazwała.. Ale tekst „Chcecie wiedzieć skąd się bierze popularność Vegi? Z naszych
        wieloletnich zaniedbań” ja odbieram jako „my jesteśmy lepsi i myśmy zawalili bo głupiej reszcie społeczeństwa nie wyjaśniliśmy, że mają oglądać ambitne filmy, jacy oni są głupia, a nie to co my – wyższa kasta”. Wyolbrzymiam specjalnie. Wiem, że nie piszesz tego w ten sposób specjalnie, domyślam, się, że nie o to ci chodzi, ale czasami czytając twoje teksty zauważam takie nastawienie „my, użytkownicy wyższej kultury, jesteśmy lepsi niż ciemne masy”. Zakładam zawsze, że to po porostu kiepski dobór słów. Podejrzewam, że użytkownik @CzlowiekDrugiegoSortu odebrał ten fragment właśnie w taki sposób, stąd jego komentarz.

        • zpopk

          Kiedy piszę My mam na myśli nas społeczeństwo polskie. Założenie że piszę z pozycji wyższości bierze się moim zdaniem stąd że większość osób które potem tak to interpretują zakładają że refleksję nad społeczeństwem można mieć tylko z pozycji wyższości. Tymczasem – nie nie patrzę z wyższością, natomiast mam wrażenie, że to jest przejaw też niebezpiecznej polaryzacji, do której ten film też się przyczynia. Dopisywanie sobie takiej wizji świadczy tylko o tym, jak postrzegają się osoby komentujące. Nawet im nie przychodzi do głowy, że można pisać szerokie my. Sorry nic na to nie poradzę. Wiem jakie mam intencje

          • monilip

            Tłumaczę tylko jak te słowa można odbierać i dlaczego, moim zdaniem, CzlowiekDrugiegoSortu tak się uniósł. Dlaczego „my” w kontekście „nasze wieloletnie zaniedbania [wobec całego społeczeństwa]” rozumiał jako „MY – wąska grupa wybranych, która powinna edukować WAS – resztę społeczeństwa”.

    • Łukasz

      Zgadzam się z Tobą, że faktycznie trzeba na to patrzeć jak na rozrywkę a nie przełomowe dzieło, które ma zmienić świat. Nikt nie jest chyba tak naiwny by sądzić, że po obejrzeniu jednego filmu FABULARNEGO ludzie zmienią swoje poglądy. Gdyby tak bylo to po „Czasie Apikalipsy” czy „Imperium Slonca” skonczylyby się wojny, po „Missisipi w ogniu” zniknalby rasizm itd. To że jest tak duza frekwencja nic nie znaczy, części osób się bedzie podobało, części nie, jednego to zmieni, innego nie.
      Jeśli wśród komedii które nie śmieszą i horrorów które nie straszą znajdę film, na którym będę parskal śmiechem lub zakrywal oczy z obrzydzenia to bardzo dobrze.
      Kilka lat temu byla afera z książką Kod DaVinci, nawet Kościół się wypowiadał. Teraz malo kto o tym pamięta.
      Osobom, które tak bardzo martwią sie o działanie Botoksu chciałbym powiedzieć: hej, ale wiecie, że to tylko film?

      • monilip

        Kościół się wypowiadał bo część ludzie wierzyła, że bujdy na resorach pisane przez autora (jak fikcja, na potrzeby fabuły). Nie zdziwię się jeśli np. lekarze będą się tłumaczyć, że przecież tak to nie wygląda, bo obiorą to jako coś osobistego.

  • Shakuahi

    Najgorsze jest to, że ludzie wracają z kina po tym filmie i mówią, że utwierdził ich w przekonaniu, że polski system zdrowia to czyste zło. Jakby to był jakiś dokument a nie film rozrywkowy.
    Zwierzu, a nie myślałaś o jakimś cyklu wpisów „edukujących” widza? Zapisałam się kiedyś na studiach na zajęcia o podobnej tematyce, co wykład mieliśmy oglądać film a potem go analizować z krytykiem filmowym, ale szybko się zniechęciłam, gdy okazało się, że możemy mieć własne przemyślenia tylko wtedy, gdy są tożsame z wnioskami prowadzącego. Zbytnio mi to wówczas przypominało licealną traumę analizowania poezji pod maturalny klucz. Na zaliczeniu wszyscy dostaliśmy trójkę, bo nikt nie zrozumiał filmu.

    • Marta M

      Uważam, że to fantastyczny pomysł!

  • Też nie widziałam. Gdy wyszłam z ostatniego Pitbulla, to sobie obiecałam, że trzeci raz nie dam się naciąć. Dwa razy dałam Vedze szansę, bo pierwszy Pitbull (ten z Dorocińskim) bardzo mi się podobał, ale nie będę mu dawała kredytu zaufania w nieskończoność.
    Oczywiście, też mam swoje (niezbyt pochlebne) zdanie na temat tego, jak zachowuje się wobec pacjentów część lekarzy, ale uważam, że produkowanie takiego „kina tabloidowego” (i jeszcze sugerowanie, że jest to odzwierciedlenie rzeczywistości) jest naganne. Tym bardziej, jeśli jest jasne, że reżyser nie kieruje się jakąś wielką „misją”. On po prostu chce zapędzić ludzi do kina, żeby dostać pieniądze.
    Na fb należę do sporej liczby grupa dla matek i zszokował mnie szum, jaki ten film wywołał w tych miejscach. Konkretnie, kobiety odnosiły się do sceny z aborcją (opisanej jako wyjątkowo obrzydliwa, z pokazywaniem płodu zostawionego by umarł na stole – nie wiem dokładnie, jak ta scena wyglądała, opieram się na opisach osób komentujących). I dyskusja, jaka się pojawiła miała taki wydźwięk: „no nareszcie ktoś pokazał, jak naprawdę aborcja wygląda. Bo to tak łatwo komuś radzić, żeby zrobił aborcję, ale patrzeć na to, to już nie jest tak miło, co?”. Przeraziło mnie, jak wiele rzeczy można „popsuć” jednym filmem.

  • Kinoman1

    Święta racja Zwierzu. Nie zgadzam się tylko z nazwaniem widowni „produktów filmopodobnych” Patryka Vegi „wyrobioną”, ale rozumiem, że szukałaś właściwego przymiotnika i chyba nie znalazłaś. W sobotę wracałem do domu z seansu ” Maudie” i w autobusie słyszałem komentarze widzów zachwyconych ” Botoksem”. Sprawiali wrażenie lekko „podchmielonych” i to mi nawet pasowało, ponieważ moim zdaniem tego rodzaju ” filmów” nie da się oglądać ” na trzeźwo”.

    • Ja właśnie też słyszę same pozytywne opinie na temat „Botoksu”. Z naciskiem na „słyszę”, bo kiedy wejdę do internetu, czytam tylko negatywne recenzje. Gdzie się podziali wszyscy ci ludzie broniący „Botoksu”, którzy byli tacy zadowoleni po seansie?

      • zpopk

        Ludzie którzy chwalą Botoks i ludzie którzy piszą o filmach to nie jest ta sama grupa

      • Wojtek

        Ludzie broniący Botoksu nie zajmują się zgrywaniem pseudointeligentów w internecie

        • zpopk

          Ojej prawdziwy polemista

        • Nie_mam_kołka_w_dupie

          Masz rację. Ludzie broniący Botoksu nie daliby rady zgrywać pseudo- a nawet ćwierćinteligentów. Do tego jednak trzeba mieć nieco inteligencji…

  • „dlaczego – oceniony tragicznie przez niemal wszystkich recenzentów film
    reżysera który od dawna nie wyprodukował nic dającego się oglądać – znów
    jest najpopularniejszą produkcją w kinach.” – Im bardziej coś zjadą zawodowi recenzenci/krytycy/specjaliści, tym bardziej publika walić będzie do kin (podobnie rzecz ma się z książkami). I odwrotnie – to, co podoba się krytykom, nudzi publiczność.

  • renia

    Kolego nie rozumiesz jednej rzeczy. Film był parodia przepełniona czarnym humorem niczym Monty Python. W każdej parodii jest ziarnko prawdy i tak należy do tego filmy podjeść. Jeśli ktoś jest debilem i potraktowałem ten film całkowicie serio to już nie wina pana Vegi. Jeśli coś jest nie tak to raczej z ludzka percepcja a nie z filmem.