Za nami finałowe cztery odcinki kolejnego sezonu „Bridgertonów”. Odcinki, które moim zdaniem pokazują, że serial boryka się z pewną komplikacją, wynikającą z jego natury. Z jednej strony – musi nas co sezon uwodzić kolejną historią miłosną, z drugiej – próbować poszerzyć świat na tyle byśmy nie utknęli w powtarzaniu w kółko tego samego. A jednocześnie – nie za wiele może się zmienić, bo chcemy wciąż tego samego. Tylko na świeżo. Wiele różnych potrzeb a tylko cztery odcinki. Jak wyszło? Różnie. I tym razem będą spoilery.
Zacznijmy od głównego wątku Benedicta i Sophie, czyli naszego kopciuszka i nie tak czarującego „księcia”. Po napięciu budowanym w pierwszej połowie sezonu, teraz nasi bohaterowie muszą się zmierzyć z faktem, że w świecie, który przełamał różnice rasowe, i jest niezwykle tolerancyjny dla różnych tożsamości seksualnych jedyne nieprzekraczalne granice to te wynikające z klasy społecznej. Co sporo mówi o tym, że lubimy sobie fantazjować o klasach społecznych i ich nieprzenikalnych ramach jakby były pieśnią przeszłości. To cudowny przykład tego jak nasze najbardziej eskapistyczne fantazje sporo mówią o tym co sobie realnie wyobrażamy (tak społeczeństwo nie jest tak klasowe jak było, ale wciąż nie rozpuściły się klasy społeczne niczym sen złoty a drzwi pomiędzy nimi są dużo węższe niż chciałoby się myśleć). W każdym razie, zamknięci w swoich klasach, nasi bohaterowie miotają się niczym ptaszyny. To ze sobą sypiają, to mają się nie znać, to toną w swych objęciach, to rozstają się na zawsze. Wszystko to jednak jakieś melodramatycznie przesadzone nawet jak na Bridgertonów. Jak w pierwszej połowie on jej nie poznał, bo zmieniła rękawiczki, tak w drugiej połowie sezonu, ją aresztują, gdy on się ma oświadczyć. A macochę ma tak okropnie złą, że człowiek czeka na pierwsze dźwięki nowego odcinka telenoweli.

Bridgerton. Yerin Ha as Sophie Baek in episode 405 of Bridgerton. Cr. Liam Daniel/Netflix © 2025
Moje złośliwości pod adresem drugiej połowy sezonu, łagodzą jednak wątki, które z tym głównym romansem niewiele mają wspólnego. Bo też tak bywa w „Bridgertonach”, że wątki poboczne potrafią wyjść dużo lepiej niż ten główny. Bardzo podoba mi się historia Franceski, jej charakteru, relacji z mężem a w końcu straty i żałoby. Wprowadzenie śmierci, nie tej wspominanej ale tej bliskiej i łamiącej serce jako elementu narracji wzbogaciło ten świat, w którym każda opowieść nieuchronnie zmierza do happy endu. Jednocześnie ta cicha i nieco odmienna siostra (nie wiem czy można ją diagnozować choć scenarzyści chyba w pełni świadomie piszą ją jako osobę na spektrum) wydaje się po prostu najciekawsza z rodzeństwa. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób boleje nad zamianą postaci kuzyna na postać kuzynki, ale przyglądając się dynamice i powtarzalności serialowych schematów – to ma moim zdaniem sens. Przede wszystkim podoba mi się jednak wątek żałoby. Mam poczucie, że serial dużo na tym wątku zyskał – główne pozwalając pokazać rodzinę w kryzysie innym niż miłosnym. Zresztą od razu muszę zauważyć, że te sceny, które bardziej koncentrują się na relacjach między rodzeństwem, wypadają w tym sezonie najlepiej. Scena niemal licealnej potańcówki najmłodszej siostry, bracia spędzający razem czas – wszystko to wnosi do tej melodramatycznej opowieści element historycznego kina familijnego, którego w sumie nie ma za wiele. Być może jednym z rodzeństwa, który wypada tutaj niekoniecznie dobrze jest Anthony. Ale też – nie ukrywajmy, miałam wrażenie, że wszystkie jego sceny w tym sezonie zostały nakręcone po to by pojawił się Jonathan Bailey ( który ma najwyraźniej jakieś pół dnia wolnego i niemożliwą do zgolenia brodę). I tak jak Jonathana kocham miłością wielką, to ten Anthony tam pasuje raczej średnio, zwłaszcza, gdy pojawia się tylko na jedną dłuższą dramatyczną scenę.
Wracając do wątków pobocznych – bardzo podobają mi się wszystkie sceny pomiędzy trójką starszych bohaterek – czyli Violet, Lady Danbury i królową Charlotte. Mam wrażenie, że to są postaci, które są pisane najciekawiej i być może najlepiej. Trzy przyjaciółki w zupełnie innym etapie życia, jedna pragnąca wolności, druga odkrycia samej siebie a trzecia – czegokolwiek co wyrwałoby ją ze stagnacji. Jest w ich scenach coś ożywczego i żywego, co moim zdaniem – niekoniecznie pojawiało się w niesamowicie sztywnych i schematycznych scenach pomiędzy serialową młodzieżą. Może kiedy odłoży się na bok cały melodramatyczny schemat potrafi się zrobić naprawdę ciekawie. A może jest pewną prawidłowością w serialach od Shondy Rhimes że kobiety w średnim wieku są najciekawiej napisane.

Bridgerton. (L to R) Adjoa Andoh as Lady Danbury, Ruth Gemmell as Lady Violet Bridgerton in episode 407 of Bridgerton. Cr. Liam Daniel/Netflix © 2025
Zdaję sobie sprawę, że wiele osób może polubić romans Benedicta i Sophie, ostatecznie – każdym ma tam swój ulubiony sezon i serialową parę. Jak już wspomniałam – mnie ta relacja słabo przekonuje, zwłaszcza w momencie, w którym nasza bohaterka chcą nie chcą jest służącą i ryzykuje dużo więcej niż bohater. Jakoś trudno mi odłożyć na bok kwestie związane z tym jak bardzo magiczne jest to wyobrażenie relacji służba – państwo (pisałam o tym we wpisie o pierwszym sezonie). Ale nawet nie chodzi o to – mam wrażenie, że serialowi słabo udało się mnie przekonać, że ta dwójka naprawdę się zna, rozumie i ich miłość, którą sobie tak żarliwie deklarują jest prawdziwa. Zdaję sobie sprawę, że tego typu produkcje opierają się o to natychmiastowe zakochanie i zauroczenie, to tu miałam jakieś poczucie, że przeszliśmy do miłości po grób bardzo szybko. I jeśli ktoś mi zarzuci, że to samo działo się w sezonie drugim, to mogę się zgodzić, ale moja słabość do chemii między aktorami w sezonie drugim każe mi o tym zapomnieć. Ponownie – mam wrażenie, że nasz emocjonalny związek z kolejnymi sezonami w dużym stopniu zależy od tego czy nas samych para aktorów przekonuje, do zaproponowanej i powtarzalnej konwencji.
Być może dlatego, oglądając te cztery odcinki poczułam pewne znużenie, bo nawet jeśli stawki rosły i teoretycznie mogło się wydarzyć coś co stałoby się ostateczną przeszkodą przed połączeniem kochanków, to przecież doskonale wiadomo, że w ostatnim odcinku będzie bal i na tym balu wszyscy sobie wszystko wyjaśnią. Mam zresztą wrażenie, że w tym sezonie owo rozwiązanie problemu dramatycznego było najbardziej leniwe i też najbardziej magiczne – bo ponownie – nie można podważyć całego systemu klasowego, bo wtedy nasza wspaniała eskapistyczna fantazja przestaje mieć swój historyczny rys, który nas najbardziej interesuje. Co jest ciekawe, że uciekamy od piekiełka życia w późnym kapitalizmie, do marzeń o klasowym społeczeństwie – najwyraźniej człowiek jest istotą paradoksalną. Inna sprawa, że ten drugi sezon miał godzinne odcinki, co wydaje mi się, że w przypadku takich pełnych kolejnych dram i skandali seriali jak „Bridgertonowie” potrafi działać na niekorzyść, bo obcinek powinien biec bardzo szybko zanim dojdzie do nas, że to wszystko nie ma sensu. Wydaje mi się, że ta dynamika w drugiej części sezonu jednak trochę siadła.

Bridgerton. (L to R) Hannah Dodd as Francesca Bridgerton, Masali Baduza as Michaela Stirling, Adjoa Andoh as Lady Danbury in episode 407 of Bridgerton. Cr. Liam Daniel/Netflix © 2025
Jeśli ktoś bał się, że „Bridgertonowie” zanotowaną jakiś spadek poziomu, to śpieszę donieść, że po korekcie między sezonem pierwszym a drugim (a mam wrażenie, że serial się bardzo między tymi sezonami zmienił), zaleźliśmy się w dużo spójniejszej wewnętrznie rzeczywistości. Widownia też się już ustawiła, wszyscy wiemy, czego się spodziewać i nikt nie pyta, dlaczego te stroje są zupełnie od czapy. Sama nie wiem co czuję przed nachodzącym kolejnym sezonem – zdaję sobie sprawę, że pod wieloma względami może być teraz trudniej, bo udało się już wszystkich pięknych braci Bridgertonów pożenić (na najmłodszego jeszcze długo poczekamy) i teraz czas na bardziej skomplikowane kwestie ich sióstr, zwłaszcza, że jak podpowiadają czytelnicy książek – tu będzie sporo wątków, przy których trzeba będzie majstrować. MI nie pozostaje nic innego jak siedzieć, czekać i zastanawiać się, ile się w świecie Bridgertonów zmieni, żeby wszystko pozostało takie samo.
PS: Jest dla mnie zadziwiające, że część fabuły tego sezonu wyraźnie dzieje się w zimie i bohaterowie nawet o tym wspominają, że jest zima i jest zimno i zupełnie tego nie widać na ekranie. Do tego stopnia, że zaczęłam się zastanawiać czy produkcji nie zabrakło kasy na płaszcz czy opadające liście. To jest przedziwne jak bardzo serial ma problem z pokazaniem zmienności pór roku. Ja wiem, że w Londynie w zimie jest cieplej niż w Polsce ale nie aż tak ciepło.
