„Mamy Czarnobyl w domu” chciałoby się zakrzyknąć po seansie „Heweliusza”. Rzeczywiście podobieństwa pomiędzy przebojem HBO i Sky sprzed kilku lat są dość wyraźne. W obu przypadkach, twórcy zdecydowali się pokazać nam moment katastrofy niechronologicznie, w obu kluczową rolę odgrywa dociekanie prawdy o tym co właściwie wydarzyło się w momencie tragedii. Oba też wpisują jedno tragiczne wydarzenie w szerszą perspektywę stanu państwa i jego odpowiedzialności. Jednocześnie to porównanie ciąży nieco „Heweliuszowi”, który zajmując się katastrofą bez porównania mniejszą stara się kłaść nacisk na bardziej prywatne historie. I robi to z różnym powodzeniem.
Pięcioodcinkowy serial na pewno wpisze się w historię polskiej telewizji, a może szerzej – polskiego kina jako pierwsza produkcja katastroficzna zrealizowana na takim poziomie. Choć już poprzedni serial Holoubka „Wielka Woda” robił wrażenie rozmachem realizacyjnym, to tu jesteśmy na najwyższym światowym poziomie. Podejrzewam, że nie jestem jedną z oglądających, która wręcz fizycznie czuła napięcie w scenach rekonstrukcji katastrofy. Wszechobecna woda, silny wiatr i otaczająca bohaterów ciemność potęguje klaustrofobiczne wrażenie absolutnej beznadziei. Oglądając sceny niemal czujemy zimno, przemoczone ubrania i niestabilne łodzie ratunkowe. To są wybitnie zrealizowane momenty oddające chaos, przerażenie i napięcie jakie towarzyszy tak tragicznej sytuacji. Te wszystkie sceny nie mają sobie równych w polskiej kinematografii i stoją na światowym poziomie. Z tego co wiem, były kręcone w specjalnych studiach w Belgii i ta inwestycja się opłaciła. Nie da się oglądać tych momentów bez poczucia, że jesteśmy świadkami czegoś absolutnie przerażającego.

Twórcy osią historii uczynili jednak nie samą katastrofę tylko późniejsze dociekanie do prawdy – kto był za nią odpowiedzialny. Sceny, w których serial zamienia się dramat sądowy ponownie są wciągające. Zwłaszcza, że pojawiają się w drugiej połowie serialu, kiedy jesteśmy już zżyci z bohaterami. Choć proces dotyczy odpowiedzialności za tragedię na tym poziomie, widz skupia się przede wszystkim na tym czy winnym zostanie uznany kapitan statku i jego załoga. Twórcy pokusili się o wpisanie w historię katastrofy kilku hipotez (stąd w napisach początkowych mamy silne zaznaczenie, że to dzieło fikcyjne), które choć pojawiają się wśród badaczy sprawy nie są jednoznacznie potwierdzone. Przyznam – nie jestem wielką fanką tego zabiegu. Nie tylko dlatego, że aby się zorientować w tym co jest mniej lub bardziej prawdopodobne trzeba dobrze znać samą historię Heweliusza, ale też dlatego, że nawet bez tych dodatków mamy wystarczająco dużo dramaturgii. Mniej to lepiej w takich przypadkach, ale niestety w Polskich serialach często obserwuję pokusę by dołożyć jeszcze więcej.
Połączenie elementów katastroficznych i dramatu sądowego jest niezwykle atrakcyjne, jednak serial na tym nie poprzestaje, bo próbuje nam jeszcze coś powiedzieć o Polsce lat dziewięćdziesiątych i dodać element refleksji jak katastrofa wpłynęła na rodziny ofiar. Powiem tak – moim zdaniem ten wątek wypada najsłabiej. Dostajemy dwie wdowy – tą po kapitanie statku i mieszkającą tuż obok po kierowcy TIRa który zginął na promie. Obie kobiety dzieli właściwie wszystko, w tym podejście do tragedii. Każda z nich przeżywa zupełnie inną tragedię. Choć sam pomysł na wątek jest dobry, to mam wrażenie, że tu znalazło się najwięcej scenariuszowych klisz, słabych dialogów i momentów, rozpisanych specjalnie tak by wywołać konkretne uczucia widza. Właściwie były to jedyne momenty, kiedy miałam wrażenie, że serial jest realizowany mniej sprawnie, korzysta z takich typowych schematów opowieści o żałobie, traci swoją wiarygodność. Być może dlatego, że obie bohaterki są zbyt grubo nakreślone i trochę nie wiemy kim są, poza tym, że straciły swoich mężów. Także ich nastoletnie dzieci są sprowadzone do pojedynczych cech – niepokorny syn, zbuntowana nastolatka – brakuje tu emocjonalnego realizmu.

Samo przedstawienie Polski lat dziewięćdziesiątych budzi we mnie mieszane uczucia. Nie dlatego, że popełniono tu jakiś wielki błąd formalny (choć jakiś uważny widz skarży się na Filmwebie, że koszulka Legii jest z nieodpowiedniego sezonu – nic fanom nie umknie) ale raczej dlatego, że jest to obraz dość powierzchowny. Słyszymy modną muzykę (wybraną tak by była jak najbardziej rozpoznawalna), widzimy stare pieniądze przed denominacją, pojawiają się bazary, te wielkie pasiaste torby czy magnetowidy. Na ścianie u nastolatka plakat z Rambo na plecach zbuntowanej dziewczyny kostka. Dzwoniąc trzeba dorzucić monetę w budce telefonicznej. Tylko, że to jest raczej są takie dekoracje, niż spojrzenie głębiej w to jak bardzo chaotyczne były lata dziewięćdziesiąte, ile niosły za sobą myślenia z poprzedniej epoki, jak ta nowa rzeczywistość była trochę sklejona na śilnę. To właśnie brak dobrego połączenia pomiędzy tym tłem a tym co działo się z Heweliuszem sprawia, że serial nie osiąga jednak tego poziomu co wspomniany „Czarnobyl”. Bo choć pojawiają się sugestie, że państwo chce chronić siebie i swoich, to jednak nie ma tu tak pięknego ukazania tego ciągu systemowych powiązań.
Te moje uwagi nie wynikają z przekonania, że serial jest słaby. Wręcz przeciwnie – obejrzałam wszystkie odcinki za jednym posiedzeniem bez najmniejszej przykrości. Po prostu mam poczucie, że produkcja naprawdę ożywa tam, gdzie koncentruje się na samej katastrofie i dociekaniu do prawdy a nieco straci impet, gdy się od niej odsuwa. Na pewno olbrzymią zaletą całego serialu jest jego obsada. I tu właściwie nie jestem w stanie wskazać żadnej słabszej roli. Borys Szyc jest bardzo dobrym szlachetnym kapitanem Ułasiewiczem, w którego kompetencje wierzymy od pierwszych scen. Świetnie się sprawdza Michał Żurawski jako Bitner, jako skonfliktowany drugi kapitan Heweliusza. Choć w serialu nie ma typowego głównego bohatera to jemu jest tu chyba najbliżej do tej roli (samemu aktorowi polecam wszędzie pojawiać się w mundurze marynarki bo jest mu w nim niesamowicie do twarzy). Bardzo podobał mi się Konrad Eleryk, jako oficer, który przeżywa katastrofę i jest tą postacią, przez którą najlepiej poznajemy traumę jaka się z tym wiąże. Eleryk w ogóle jest chyba aktorsko w tym serialu najlepszy, ale to nie powinno dziwić, aktor znany jest z tego, że pojawia się na drugim planie i kradnie innym projekty. Joachim Lamża świetnie gra wiceministra, który chce wszystko szybko ustalić tak by nie zagroziło skarbowi państwa. Jego sposób mówienia w tym serialu jest tak niesamowicie naturalny, że aż trudno uwierzyć, że ktoś po prostu mu tak lekkie dialogi napisał. W sumie to mogłabym długo wymieniać, bo świetny jest też Konopka (ależ ma doskonały moment w karierze) i Koman, i Englert. Na koniec muszę powiedzieć, że serial spełnia wymagania jakie stawia kinematografia polska w 2025 roku i Heweliusz nie może zatonąć, jeśli na pokładzie nie ma Tomasza Schuchardta (którego pozdrawiam i życzę jakiegokolwiek urlopu).

Premierze „Heweliusza” towarzyszyły liczne obawy, bo kolejny serial reżysera, który odniósł tak duży sukces z „Wielką Wodą” to pytanie – czy można ten fenomen powtórzyć. Myślę, że odpowiedź nie jest jednoznaczna – z pewnością serial o powodzi wywołuje większe społeczne emocje, bo sytuacja dotyczyła większej grupy osób. Z drugiej strony – „Heweliusz” jest moim zdaniem serialem lepszym – także dlatego, że ma możliwość przyjrzeniu się temu jednemu tragicznemu wydarzeniu. I robi to w sposób niespotykany w Polskim kinie. To jest kolejny przykład, że produkcje gatunkowe nie są już dla polskich twórców niedostępne z powodów technicznych. Bo nie wyobrażam sobie takiego serialu dekadę temu – po prostu nie było nas stać na tyle wody. A jednocześnie ta produkcja rozbudza apetyt na kolejne, bo pokazuje, że co się wyśni to się nakręci. Tylko mam poczucie, że dobrze byłoby się zatrzymać dłużej nad wątkami obyczajowymi, bo mam wrażenie, że te reżyserowi wypadają najsłabiej.
Jestem bardzo ciekawa jak „Heweliusz” poradzi sobie poza granicami Polski. To ostatecznie serial nie tylko nasz, ale można powiedzieć Bałtycki. Nie mam wątpliwości, że przyciągnie uwagę i w Niemczech i w krajach Skandynawskich. Tu niestety może wyjść pewien element, który jest problemem serialu – brak uprzedniej wiedzy może sprawiać, że nie wszystkie wątki czy sceny będą dla widza jasne. A nawet jeśli wszystko będzie jasne to odróżnienie tego co się wydarzyło od tego co jest inwencją czy interpretacją twórców będzie utrudnione. I jak zwykle pojawi się przy Heweliuszu ten sam problem – gdzie dokładnie leży prawda o tym co się stało i kogo można wskazać placem jako współwinnego.

PS: Ten serial sprawdza się jako produkcja niebieska, ale jednocześnie chciałabym głęboko zaapelować do polskich twórców by przestali robić niebieskie seriale. Jak coś będzie przygnębiającego czy smutnego to my to zrozumiemy nawet w ciepłej skali kolorystycznej. Nie trzeba robić wszystkiego na niebiesko. Serio.
