Hej
Zwykle wyjeżdżając obiecuję sobie że nic nie napiszę, ale ponieważ wstało się dziś wcześnie a do wyjścia na spotkanie towarzyskie z tutejszą Polonią zostało zwierzowi trochę czasu to musi on podzielić się z wami swoją zupełnie nie popkulturalną uwagą. Poitiers w którym zwierz obecnie przebywa jest miasteczkiem które ma 80 tys. mieszkańców. Ogólnie jest tu raczej nudno i nic się nie dzieje (co prawda tydzień temu były tu zamieszki anarchistów ale to chyba największe wydarzenie od ostatniej bitwy jaką tu stoczono w średnich wiekach). Ale Poitiers ma kościoły – kościoły w których jest więcej architektury romańskiej i gotyckiej niż w jakimkolwiek kościele jaki można spotkać w Polsce. Jest tu piękny gotyk płomienisty Plantagenetów i krypta świętej Radegondy z VI wieku w pobliskim baptysterium jest nagrobek z IV wieku. To wszystko jest tu sobie tak po prostu – nawet turystów nie ma wielu – nie ma też bramek ochroniarzy i wściekłego kościelnego, opłata tylko w jednym miejscu i to za symboliczne 1,5 euro. Zwierz nie jest skłonny do wzruszeń ale jest w nim jakiś bezbrzeżny smutek kiedy pomyśli że gdyby choć jeden z tych kościołów był w Polsce historycy pielgrzymowaliby do niego na kolanach, przed wejściem stałaby ochrona i wszystko odgrodzone byłoby kratą. Niby człowiek wie, że tu we Francji historia zaczęła się wcześniej i nigdy było takiego kataklizmu który przerwałby naturalną kolej rzeczy, która sprawia że 3/4 mieszkańców miasta mieszka w średniowiecznych góra XVIII wiecznych budynkach a ulice mają jeszcze rynsztoki. Dla zwykłego turysty jest Poitiers miasteczkiem zapewne interesującym ale nie porywającym, jednak dla mnie jako prawie historyka jest jakimś strasznym przykładem dlaczego nasze uprawianie historii i ich uprawianie historii nigdy nie będzie nawet zbliżało się do siebie. Jak widzicie z popkulturą nie ma to nic wspólnego ale zwierz odczuł potrzebę by przekazać wam, że czasem podróżowanie bywa nie tyle cudowne co frustrujące.
