Nie masz gwiazd bez mroku czyli zwierz czyta Mroczne Serce Hollywood

22/10/2014

Trust me I’m almost a Doctor czyli o sławach i doktoratach

22/10/2014

Plebs do domu czyli Maciej Nowak nie ustrzegł się pogardy

22/10/2014
empty image
empty image

Hej

Nie tak dawno ktoś zapytał zwierza jaki to jest ten świat snobistyczny przeciw któremu zwierz tak strasznie się buntuje. Zwierz miał spory problem z tym by odpowiedzieć na pytanie. Wydało się, że co raz trudniej wskazać przejawy czystego snobizmu w mediach. Na całe szczęście zawsze można liczyć na Gazetę Wyborczą i Macieja Nowaka. Ci pokazali zwierzowi dokładnie to co zwierz nazwał zakładając bloga „światem snobistycznym”. Cały felieton tutaj.

Większość wpisu napisana jest w pierwszej osobie, co pokazuje emocjonalny stosunek zwierza do sprawy

Lubię kiedy w „Hamlecie” bohater poucza aktorów jak powinni zachowywać się na scenie. Ileż w tych słowach frustracji dramatopisarza, który musi pokazywać swoje sztuki przed publicznością złożoną z niewyrobionych widzów. Nie chodzi o same rady (do których powinien nawet dziś każdy aktor) ale o to co z tego wynika – teatr czasów Szekspira jest rozrywką dla widza zarówno wyrobionego jak i tego którego uwiodą najprostsze gesty. Szekspir nie prosi aktora by wyrzucił plebs z teatru. Prosi go tylko by grał nie tylko pod ich emocje. Maciej Nowak nie ma takich problemów jak Szekspir. Jego świat jest zupełnie inny. Sztuka ma być wysoka. Teatr nie ma być dla plebsu i prostaczków. Ma być dla tych których stać na bilety za kilkadziesiąt złotych, ma być dla tych którzy mieszkają w dużych miastach, dla tych którzy wieczorem ubiorą się w wieczorową suknię i garnitur i udadzą się do jednego ze stołecznych teatrów. „Daliśmy sobie wmówić, że galerie nie służą prezentacji dzieł sztuki, lecz – sprzedaży gaci i szmat”. Grzmi Maciej Nowak którego przejmuje sama myśl, że w tym samym budynku mogłaby się jednocześnie zmieścić sztuka i spodnie. Wszak sztuka winna mieć zawsze własny budynek. Najlepiej tak jak kościół oddalony ma być od monopolowego tak teatr czy miejsce prezentacji sztuki winno być odpowiednio oddalone od miejsc zakupów.

Oburzenie idzie dalej „Kina zamieniliśmy na blaszaki wypełnione smrodem popcornu. Przystaliśmy, że książki sprzedaje się w supermarketach, wysypywane do pojemników niczym buraki i cebule. Oddaliśmy gazety reklamodawcom i mediaplanerom, a telewizje – w ręce właścicieli sprawdzonych formatów.” Jakież w tym cierpienie. Kino które zaczęło się w budzie (pierwsze warszawskie kino to buda przy Jerozolimskich, pierwsze lata kina to rozrywka w sali obok restauracji) winno być zawsze w budynku wolno stojącym. Popcorn obecny w kinach od końca lat 20 (zastąpił on kiełbaski) winien zostać wyprowadzony. Wszak niedopuszczalnym jest by istniała jakakolwiek tradycja otaczająca kino. Nowak nie broni tu zresztą kina jako takiego ale pewnej aberracji w historii pokazów kinowych jakim były czasy komunistyczne. Tak wtedy nie było hipermakretów, multikin i popcornu. Filmów też za bardzo w kinach nie było ale była kultura. Prawdziwa. Nie dla plebsu. Ubolewania jak widzicie idą jeszcze dalej – książka w hipermarkecie. Jakże to by ledwie kilkadziesiąt metrów przestrzeni handlowej oddzielało książkę od warzyw. Jakiż to dyshonor dla książki, która w tym momencie natychmiast zmienia treść by dostosować się do warzyw, jaki to dyshonor dla cebuli która znajduje się w tym samym sklepie co proza Michalak. Ale przede wszystkim co to za pomysł by ten plebs co kupuje cebulę i buraki mógł sobie jeszcze kupić książkę. Upadek kultury, która powinna zawsze docierać do czytelnika, widza czy słuchacza wyrobionego i nigdy nie powinna stać się elementem codzienności. Ale w ogóle Nowak pokazuje nam upadek kultury straszliwy – ta rządzona formatem telewizja – której nie można przełączyć na oryginalny program, ta straszna prasa oddana w ręce reklamodawcom. Tu się akurat zgodzę, gazety winny uważniej współpracować z agencjami reklamowymi. Taka Gazeta Wyborcza zastępująca pierwszą stronę treściami reklamowymi też mnie trochę rusza.

Naturalną konsekwencją tego kulturalnego pandemonium są pokazy w ramach National Theatre Live „Teraz pojawia się krok następny w optymalizacji kosztów i uelastycznianiu warunków prezentacji: przeistoczenie spektaklu teatralnego w transmisję w wielosalowej kinowej budzie. I to mnie już przestaje interesować. Przestaje bawić i zobowiązywać do przestrzegania zasad grzeczności. No fucking way! No pasaran! I jeszcze stalinowskie: Niet!”. Och jakież to straszne. Owa kinowa buda – jedno z najstarszych w Polsce kin czyli Atlantic, kina studyjne w całej Polsce – Krakowskie kino Mikro – jedno z tych które jest chyba najlepszym przykładem jak działać powinno kino. Ale nie kinowa buda brzmi lepiej, zresztą należy może jak wspomniałam uznać to określenie za wyróżnik. Kino budy nigdy się nie bało. I z tej budy zabierało widza daleko, wypuszczało zmienionego, pokazując że nie chodzi o miejsce ale o jakość emocji. Ale przecież nie o budę chodzi, chodzi o ten pomysł by w tej budzie pokazać transmisje z przedstawienia. Cóż to za wizja – w miejscu gdzie rządziło kino, pokazać spektakl. Spektakl z Londynu, z największych teatrów, z najwybitniejszymi aktorami. Jakiż to paskudny pomysł by sztuka zamiast do skromnego grona widzów teatralnych dotarła do tysięcy ludzi na całym świecie. Jasnym jest, że ludzie natychmiast zrezygnują z teatru. Bo przecież chcą iść na łatwiznę. Tak samo jak ja szłam na łatwiznę jadąc do Pragi do kina studyjnego by zobaczyć retransmisję Makbeta z Manchesteru. Chciałam kupić bilety na spektakl w Manchesterze ale rozeszły się w osiem minut. Poszłam więc na łatwiznę. Zamiast jechać do Manchesteru pojechałam do Pragi. Jak mniemam jestem typowym przykładem osoby idącej niezaangażowanej. Mogłam przecież iść do teatru w Warszawie. Co prawda nie grali wtedy Makbeta i nie był on wystawiony przez Kennetha Branagha, jednego z najważniejszych współczesnych aktorów szekspirowskich, ale nie powinno to robić mi różnicy. Wszak jestem przedstawicielką plebsu. Mi nie zależy, chce tylko teatru między kupowaniem buraków i spodni.

A jako plebs nie powinnam przecież pchać się na spektakle stąd wściekłość Nowaka.„Ryk wściekłości kieruję nie tylko do agencji eventowej, która podjęła się organizacji transmisji na Ursynowie, ale również do dyrekcji National Theatre w Londynie. A cóż to za neokolonialne, imperialne gesty!? Co to za demolowanie lokalnego rynku teatralnego za pośrednictwem kinowych transmisji?! Przyjedźcie z gościnnymi występami, zmierzcie się z polskimi interpretacjami Williamsa, a nie epatujcie filmowymi buziami aktorów, pokazywanymi w osiedlowym kinie w aurze wielkiego wydarzenia teatralnego.” No bo jakże to tak – żeby Teatr Narodowy o w Londynie wpadł na pomysł, że nie wszyscy mają okazję zobaczyć spektakl w teatrze na żywo. Co to za imperialny pomysł by pokazywać swoje najlepsze spektakle na całym świecie. Wszak widz Polski jest zobowiązany do oglądania spektakli Polskich. To widz teatrów krajowych i niech nie rozgląda się po świecie, wszak wszyscy mamy być przywiązani do kultury krajowej. Zwłaszcza tej teatralnej Cóż z tego że gorsze, mniej ciekawe, czy widza nie interesujące. Ma być krajowo, cóż to za podła globalizacja, cóż to za moda by pokazywać ludziom których nie stać na bilet do Londynu spektakle ze stolicy Anglii. I to jeszcze jakie! Bezczelnie pchać się do ludzi z tym imperialistycznym Szekspirem! Williamsem! Jakiż to paskudny pomysł by ściągać ludzi na spektakl Eurypidesa (ewidentnie tylko dla widzów greckich). Przecież wiadomo, że ci ludzie nigdy nie zainteresują się już tradycyjnym teatrem, nie kupią biletów, nie pójdą na spektakl na żywo. Tu pojawia się co prawda pewien problem bo przecież w tych kinach siedzi plebs, którego Nowak nie lubi. Ale skoro już plebs ma komuś płacić to Nowak wolałby aby warszawskim teatrom a nie za pośrednictwem dystrybutora do National Theatre. Może gardzić ale pieniądze nie śmierdzą. Z pogardą przyjmie pieniądze, byle by szły do kas krajowych.

Ale to nie koniec, paskudy jedne prezentują w swoich spektaklach aktorów filmowych. Jakże to tak by widz przyszedł na spektakl przyciągnięty nazwiskiem aktora. Żeby ten aktor pojawiał się w filmie i teatrze. Cóż z wykształcenia teatralnego brytyjskich aktorów, cóż po ich teatralnych karierach często ciekawszych niż kinowych. Paskudny pomysł by widz znał wcześniej odtwórców głównych ról. Hiddleston jako Koriolan to tani chwyt, bo wszak ten absolwent RADA przewijał się przez popularne produkcje, Branagh jako Makbet budzi niechęć, Helen McCrory z olbrzymią karierą teatralną sprzedała duszę bo widzieliśmy ją w serialu. Co budzi pytanie – kiedy powinnam wyjść z teatru współczesnego – wtedy kiedy grający Hamleta Borys Szyc pojawił się na scenie w głównej roli? A z Teatru Narodowego ? Wtedy kiedy pojawił się Żmijewski. Największy problem mam z Aniołami w Ameryce – wychodzić jak wchodzi Chyra czy jak wchodzi Cielecka? Bo w sumie ją bardziej kojarzę z kina ale on wchodzi na scenę pierwszy? To są dylematy które ten felieton we mnie obudził. Nowak ma jednak rozwiązanie – zamiast plebejskich pokazów niech przyjadą ze spektaklami. Och oczywiście doskonały pomysł. Oczywiście spektakli Makbet było tylko osiem i twórcy pojechali grać dalej – obecnie grają na Broadwayu, z Koriolanem będzie trudniej bo po krótkiej obecności w teatrach aktor grający główną rolę pojechał grać w filmach (plebejsko!).  Ale dobrze załóżmy, że uda się na trasę zebrać aktorów choć wszak wiadomo. że Cumebrbatch który w Frankensteinie grał trzy lata temu znajdzie na to czas. A potem nie zapomnijmy zawinszować odpowiedniej ceny za bilety. Bo wszak oglądać dobrego aktora za 45 czy 30 zł to rzecz obrzydliwa, bilet nie kosztuje tyle ile powinien. Koło 200 zł. Jak wtedy kiedy do polski przyjeżdżali Filharmonicy Berlińscy. Jak widać skoro budynek teatralny nie jest już w stanie odrzucić plebsu skorzystajmy z tego najstarszego wytrychu. Ceny. Niech ich w końcu znów nie będzie stać by iść do teatru na Szekspira czy pojechać do Londynu. Wszystko wróci do normy. Znów będzie teatr teatrem a kino kinem. Plebs zaś będzie tam gdzie powinien z dala od teatralnych przeżyć. I nie zdarzy się nie daj Boże tak by zachęcony tym przeżyciem sięgnął po dramat, książkę czy bilet na spektakl w swoim mieście.

Widzicie uważam że można dyskutować o pomyśle prezentacji spektakli teatralnych w kinie. Wiem że to jest coś zupełnie innego niż wizyta w teatrze. Mogę rozmawiać o tym ile zmienia możliwość zrobienia zbliżenia, prowadzenie kamery, dystans do aktora. Jestem całym sercem za tym by zastanawiać się nad tym czy ma sens pokazywać spektakle operowe w kinach gdzie nie jesteśmy  w stanie przekazać emocji jakie daje słuchanie muzyki na żywo. Choć jak myślę o mojej przyjaciółce z Łodzi która miałaby do wyboru chodzić do opery łódzkiej albo słuchać wykonań z Metropolitan to więcej emocji widzę w transmisji. Dyskusja o nowych formach docierania ze spektaklami do szerokiej widowni powinna być prowadzona. Można się zastanawiać czy to szansa czy zagrożenie dla lokalnych scen. Ale Nowak nie rozmawia. Patrzy z wyższością i obrzydzeniem. I wiecie co, jak rozumiem – być może człowiek naprawdę nie chce myśleć o takim pomyśle na teatr. Ale nie to mnie najbardziej denerwuje. Denerwuje mnie pogarda. Najbardziej obrzydliwe uczucie jakie znam. Pogarda wobec ludzi, wobec ich sposobu życia, wobec tego jak decydują się spotykać z kulturą. Człowieka kulturalnego od nie kulturalnego nie rozróżnia to gdzie i czy ogląda spektakle teatralne. Człowieka kulturalnego wyróżnia to jak podchodzi się do innych ludzi. I w takim rozliczeniu Maciej Nowak okazuje się człowiekiem bardzo niekulturalnym. I nawet się cieszę że nie będzie mi nigdy dane w jego obecności cieszyć się transmisją spektaklu.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...