Kosmos ostateczna granica… chciałoby się zacytować za „Star Trekiem”. W przypadku „Projektu Hail Mary” skojarzenie z kultowym serialem nie jest przypadkowe. Nie mamy tu co prawda kosmicznej federacji ani wycieczki w daleką przyszłość, ale obie narracje łączy jeden – wcale nie tak często spotykany element. Nadzieja, optymizm i humanizm, rozegrany w przestrzeni kosmicznej. Motyw, który w naszej kulturze niekoniecznie jest bardzo popularny, co nie znaczy, że nie jest nam potrzebny.
(Wpis może zawierać mikro spoilery ale starałam się go pisać tak by był jak najmniej spoilerowy)
Jeśli spojrzymy na większość narracji dotyczących podróży kosmicznych czy spotkań z przedstawicielami innych cywilizacji dostrzeżemy, że opierają się one głównie na strachu, niepokoju czy poczuciu zagubienia. Kosmos wydaje się naszym bohaterom wielki i niezbadany, doświadczenie jednostki w obliczu niemierzonego wszechświata – niewystarczające i depresyjne. Z kolei obcy pokazany jest najczęściej jako zagrożenie, wróg – czy bezrozumna istota, dla której człowiek jest tylko kolejną ofiarą. Spotkanie człowieka z nieznanym zwykle łączy się z agresją i niezrozumieniem. Nawet jeśli obcy nie chcą nas skrzywdzić, my chcemy skrzywdzić ich.
„Projekt Hail Mary” proponuje spojrzenie nieco inne. Oto nasz bohater budzi się na pokładzie statku kosmicznego. Nic nie pamięta, a jego towarzysze podróży nie żyją. Niejedna osoba spodziewałaby się dramatu o kosmicznej samotności o odosobnieniu. Twórcy filmu proponują nam jednak zupełnie inną drogę. Ułożenie informacji z przeszłości zajmuje bohaterowi sporo czasu, ale ostatecznie szybko udaje mu się zidentyfikować swój główny cel – ocalenie ludzkości. Nie przed wrogą inwazją ale przed niewielkimi żyjątkami, które prowadzą do śmierci gwiazd. Pasożyt zjada po kolei wszystkie gwiazdy na swojej drodze i właśnie zainfekował słońce. Ale jedna odległa planeta i jej gwiazda mają się dobrze. Stąd cała wyprawa – by dowiedzieć się, co właściwie chroni gwiazdę i planetę.

Samodzielna misja szybko zamienia się w misję współdzieloną. Bo jak się okazuje, nie tylko ludzie dostrzegli tą prawidłowość i nie tylko z Ziemi wyruszył statek na pomoc. I tak nasz bohater spotyka drugiego śmiałka, który co prawda różni się od niego absolutnie wszystkim ale w ostatecznym rozrachunku – jest drugą istotą próbującą ocalić swoją rodzinną planetę. To spotkanie z niewiadomym, uczenie się siebie i współpraca – stanowią najciekawsze i najbardziej satysfakcjonujące elementy produkcji. Oto w miejsce narracji o niepokoju, niechęci i strachu, wchodzi przekonanie, że porozumienie nie jest aż tak trudne. Wystarczy odrobina technologii, wspólny cel i chęć by nie być samemu w wielkiej kosmicznej przestrzeni. Ostatecznie – czy to nie jest coś czego wszyscy pragniemy, nawet nie wyruszając w gwiezdną podróż?
Nie da się ukryć, że „Projekt Hail Mary” opiera się na przekonaniu, że narracje, których potrzebujemy muszą być oparte na podstawowych wartościach. Do uratowania świata potrzebna jest empatia, ciekawość i umiejętność improwizacji. Być może nasz bohater nie jest najodważniejszym człowiekiem na świecie, ale postawiony w obliczu nowych problemów szybko się adaptuje. Szuka odpowiedzi, chce porozumienia, nie oddaje się poczuciu beznadziei. Jego postawa jest kontrapunktem do wszystkich tych, którzy na poły ironicznie, na poły nihilistycznie piszą w sieci, że nie mogą się doczekać końca świata. Nie mam wątpliwości, że opowieści oparte o nadzieję, wartości i przekonanie, że wszyscy jesteśmy zdolni do heroicznych czynów – są obecnie bardziej potrzebne niż kiedykolwiek. Podobnie jak te, które zwracają uwagę, że spotkanie z nieznanym nie zawsze niesie zagrożenia – potrafi też być szansą. Obcy nie musi być potworem, może znać odpowiedzi na pytania, które nas przerastają.
„Projekt Hail Mary” kojarzy mi się nieco z pouczającymi powiastkami dla dzieci, gdzie wskazuje się nam właściwie postawy moralne, schematy zachowań i pożądane cechy charakteru. Ale to nie jest zarzut. Wręcz przeciwnie – moim zdaniem takie przygodowe i rozrywkowe, ciepłe opowieści wspierające postawy moralne, są nam bardzo potrzebne. W świecie niechęci i nihilizmu, najcenniejszym eskapizmem jest ten do świata wartości. A jednocześnie – to po prostu ciepły, sympatyczny film, który można obejrzeć całą rodziną – bo ma i dużo akcji i dużo ciekawych pomysłów wizualnych, ale jest pod wieloma względami rodem z kina lat dziewięćdziesiątych. Skupiony na historii, prosty i starający się przypodobać szerokiej widowni. Ponownie – to nie jest zarzut. Ta produkcja ma w sobie coś z opowieści, które budziły mój entuzjazm dwie – trzy dekady temu. Zresztą wielu widzów, którzy oglądali „Marsjanina” rozpozna podobne zabiegi fabularne i podobny schemat budowania bohatera. Nie przeszkadza fakt, że Ryan Gosling został wręcz stworzony do grania miłych, łatwych do polubienia bohaterów, którym automatycznie kibicujemy od pierwszych scen produkcji. Gosling nie zawsze mnie w kinie przekonuje, ale w tym przypadku miałam wrażenie, że jego styl gry i aktorska maniera jest idealnie dopasowana do tego jak skonstruowany jest jego bohater. No i przede wszystkim – choć przez cały film jest niemal sam na ekranie ani na chwilę się nam nie nudzi.

Jednocześnie to jest taki film, który zachęca nas do tego byśmy nie zastanawiali się aż tak bardzo nad logiką niektórych rozwiązań fabularnych. Myślę, że niemal każdy widz będzie umiał wskazać kilka zabiegów, które może za bardzo upraszczają pewne problemy, albo je od ręki rozwiązują. Ale to nie ma sensu w przypadku tej produkcji. Po pierwsze – jest na tyle sprawnie nakręcona, że szybko wciągnie was akcja i niekoniecznie będziecie sobie te pytania zadawać w czasie seansu. Po drugie – choć film (idąc za przykładem autora książki) lubi się odwoływać do faktów naukowych i metody naukowej – to wciąż pozostaje raczej narracją dość umowną – dla mnie lepiej się go ogląda bardziej jako przypowieść niż jako naukową opowieść. Są filmy, przy których pewne scenariuszowe uproszczenia bardzo mnie denerwują, ale w tym przypadku – mam poczucie, że ich wyszukiwanie nie ma sensu, bo to nie ten rodzaj narracji.
Widziałam określenia „arcydzieło” ale od razu powiem wam, że to zdecydowanie opinie na wyrost. Nie ma tu nic co by wychodziło poza bardzo dobrze zrealizowaną produkcję, która wie, jak nas zaangażować i wywołać odpowiednie emocje. Ale jednocześnie – zgadzam się z głosami, które mówią, że ta produkcja to być może jedna z najlepszych rzeczy jaka przydarzyła się kinu SF od lat. Bo to bardziej optymistyczne i humanistyczne spojrzenie ku gwiazdom, z całą pewnością jest czymś czego potrzebujemy. Zamiast bać się tego co nadchodzi z kosmosu powinniśmy być ciekawi i otwarci. Patrzeć w gwiazdy jako przestrzeń nieskończonych możliwości a nie tylko jako na czarną otchłań. Zwłaszcza, że nietrudno wtedy dostrzec, że im więcej nadziei mamy dla gwiazd tym więcej nadziei jest w nas samych. Pod tym względem, takie produkcje są nam niezwykle potrzebne, bo poczucie zagubienia i beznadziei to doskonała pożywka dla wszystkich tych, którzy mówią, że nie ma co tego całego świata ratować. Dobrze też co pewien czas sobie przypomnieć, że humanistyczne wartości to nie jest tylko abstrakcyjna idea, na której nikomu nie zależy.
Na koniec polecam wam bardzo wybrać się na film do kina. Sama widziałam go w IMAX co robi niesamowite wrażenie, ale w ogóle – to jest jeden z tych filmów, który naprawdę został nakręcony z myślą o dużym ekranie. Także weźcie całą rodzinę i idźcie zobaczyć kosmos, który jest nadzieją a nie zagrożeniem. Wyjdziecie z jakimś takim dobrym, ciepłym uczuciem w sercu, co w obecnych czasach jest najlepszą rekomendacją jaką mogę dać jakiejkolwiek produkcji.
