Home AktorzyInne sto lat czyli na urodziny Marilyn Monroe

Inne sto lat czyli na urodziny Marilyn Monroe

autor Zwierz

Marylin Monroe urodziła się sto lat temu. Czasem wyobrażam sobie jej życie. Ale nie to urwane w 1962 roku. Nie, kiedy zamykam oczy widzę wszystko co wydarzyło się w tej alternatywnej nitce czasu.

 

Jeszcze jeden, dwa może nawet trzy filmy w tym samym formacie. Dawne Hollywood się kończy i próbuje jeszcze wycisnąć co może ze swojej najpiękniejszej blondynki. Jakaś komedia, uśmiech do głównego bohatera, może wielka amerykańska opowieść. Może jeden z tych musicali, które pod koniec lat sześćdziesiątych miały ocalić walący się system. Zaśpiewaj Marilyn jakby wciąż były lata pięćdziesiąte. Jakaś klapa. Nie z jej winy, oczywiście, że nie z jej winy. Po prostu czasy się zmieniają, a ona z tym swoim uśmiechem, delikatnym głosem, tym swoim sex-appealem, który wymaga twardych mężczyzn – nie to już nie na te czasy. Kobiety są szczuplejsze, mężczyźnie nie noszą już kapeluszy. Przesuń się Marilyn czas na nowe kino.

 

Kilka lat przerwy. Może nowe małżeństwo. Tym razem mąż niech nie będzie tak sławny, tak rozpoznawalny. Żadnych sportowców i żadnych więcej intelektualistów. Ot facet z szerokimi ramionami i porządnym biznesem. Gdy stoi obok niej na zdjęciach robionych przez paparazzi widać, że nie jest z tego świata. Ale to dobrze. Kilka lat przerwy, może coś się znajdzie, może jakiś mniejszy projekt, może przerwa od pracy, jakie rancho z dala od miasta, z dala od fabryki snów. Może to jest jakieś rozwiązanie. Na chwilę by odetchnąć, odpocząć od samej siebie. Od sławy i rozczarowań.

 

Jest połowa lat siedemdziesiątych, kino amerykańskie jest brudne i wybitne, nie chce mieć nic wspólnego z tą piękną przeszłością. Jak najlepiej się od niej odżegnać – może pokazując legendę w zupełnie nowym świetle. Może to jest jeden z tych nowych brodatych reżyserów, może jakiś ambitny dzieciak, który nie wie, że nie wolno prosić gwiazd o takie rzeczy. „Wróć przed kamerę Marilyn, ale nie tak jak kiedyś”. Pokaż im swoje nowe zmarszczki w kącikach oczu, może jakiś pasek lekkiej siwizny w twoim blondzie. Może tym razem niech nikt cię nie uratuje przed autodestrukcją. Pokaż im Marilyn to czego nigdy nie mogłaś pokazać.

 

Jedna, może druga taka rola. Akademia nie ma wyboru, to jest mistrzostwo, to jest odrodzenie, to jest nowa jakość. To jest legenda pokazująca swoje miejsce w kanonie kina. Oscar niemal podjeżdża na złotej tacy. Kłaniasz się Marilyn ze sceny. Komu dziękujesz? Mowa pewnie jest krótka. Choć wszyscy wiedzą, że twój głos jest już głębszy i bardziej chropowaty niż kiedyś, to kiedy stajesz przed mikrofonem mówisz podziękowania tak jakby w czasach, gdy grała Sugar Kowalczyk. Widownia wstaje z miejsc, oklaski, oklaski i jeszcze kilka minut oklasków. Tego zawsze pragnęli potwierdzenia, że stare Hollywood może być tym nowym. Poza tym każdy myśli, że może jednak i jemu się to przytrafi. Sukienka, w której jesteś na gali jest niemal tak obcisła jak ta w której śpiewałaś „Sto lat” prezydentowi.

 

Potem jednak telefony milkną. Hollywood może cię kocha nowe wcielenie legendy, ale nie tak bardzo by zatrudniać kobietę w średnim wieku. Może trochę przytyła, zdarza się, w końcu kolejna dekada życia to ciągła walka z własnym ciałem. Może ktoś znów zachęca do pójścia pod nóż. Może lepiej stracić te zmarszczki, kilogramy, wygrać z grawitacją i poprawić biust.  W mojej wizji historii Marilyn każe im się wypchać. No może poza lekką korektą powiek. Skoro Hollywood już jej nie chce, w końcu jest wolna. Broadway stoi otworem.  Nie zagra już wymarzonej roli sprzed lat, ale od czego są wszystkie zgorzkniałe matki, ciotki czy stare panny. Może jakiś reżyser obsadzi ją jako Gertrudę w „Hamlecie” sprawiając, że nikt nie zastanawia się na edypalnymi podtekstami dzieła, bo wszyscy je rozumieją. Kolejka do kasy zakręca pięć razy. Może nagroda Tony. Czemu nie, znów nagroda, znów owacje. Sukienka już nie tak obcisła w końcu to świat teatru.

 

 

W latach dziewięćdziesiątych producenci filmowi zapraszają Marliyn na plan popularnego sitcomu. Kiedy wchodzisz na plan (czy grasz matkę bohatera, czy nową sąsiadkę, a może samą siebie) widownia zaczyna klaskać. Oklaski trwają tak długo, że musisz wyjść z roli i się ukłonić. W ostatecznej wersji odcinka wszystko zostanie przycięte, ale wciąż widzowie w domu będą wiedzieć, że jesteś ważna. Jakieś dziecko oglądające z rodzicami sitcom odwróci się do ojca zapytać „Kim jest ta pani?” „Och, to Marilyn Monroe. Twój dziadek kochał się w niej, gdy był młody”. W tym samym tygodniu w telewizji przegląd twoich filmów i wywiad ze wścibską choć skuteczną dziennikarką. „Czy to prawda, że miałaś romans z prezydentem?” Nie odpowiada tylko uśmiecha się tajemniczo. Potem ten uśmiech trafia na okładki czasopism plotkarskich. Kiedy nadejdzie Internet ten mały fragment klipu stanie się memem.

 

 

Na początku lat dwutysięcznych, gdy kończy osiemdziesiąt lat – Akademia poświęca jej cały segment na Oscarach. Młodzi widzowie nie są w stanie uwierzyć, że ta nie za wysoka starsza pani, która wciąż maluje usta czerwoną szminką, to ta sama kobieta, którą widzą na klipach z jej filmów z lat pięćdziesiątych. Jeszcze w tej samej dekadzie pojawia się na krótko w drugoplanowej roli w uroczym filmie, w którego obsadzie wszystkie aktorki mają koło osiemdziesiątki. Nazwiska na plakacie wyglądają niemal jak najlepszy afisz filmowy z lat pięćdziesiątych. W ramach ciekawostki Internet podaje, że wszystkie zdjęcia bohaterki granej przez Marilyn w młodości to prawdziwe zdjęcia Monroe sprzed dekad. Informację można znaleźć na Imdb w zakładce Trivia.

 

W mojej wersji życia odchodzisz gdzieś koło dziewięćdziesiątki. Życie długie i ciekawe, koniec nie jest owiany tajemnicą. Niewydolność płuc, może trochę za dużo papierosów przez te wszystkie dekady. Nie wiem czy po drodze był jeszcze jakiś rozwód, kolejny związek. Może adoptowane dzieci kolejnego męża, które wspominając Marilyn mówią o niej same miłe rzeczy. Kiedy umiera nie ma już zwyczaju transmitowania pogrzebu gwiazd, ale informacja rozchodzi się po całym świecie błyskawicznie. Gdzieś tam wielbiciele kina piszą nekrologi i wspomnienia, ktoś kto w młodości wpatrywał się długo w twoje zdjęcie powieszone na łóżkiem czuje lekki ucisk w okolicy serca. Wiele osób przypomina sobie boleśnie o własnej śmiertelności. Wieczorem w telewizji zmieniają ramówkę i puszczają „Jak poślubić milionera”. Na Oscarach w segmencie „In Memoriam” puszczają kawałeczek z „Słomianego Wdowca”. Znów oklaski. Może łzy.

 

„Jak pani myśli, dlaczego Marilyn Monroe jest takim fenomenem” dziennikarka podstawia mi mikrofon. Powinnam umieć odpowiedzieć na to pytanie, spędziłam z nią tyle czasu.  Być może dlatego wciąż tak żyje, bo nie mogliśmy jej dać Oscara, Grammy, Tony i spokoju. Jedyne co możemy jej zaoferować to kilka teorii spiskowych i nieśmiertelność.

Powiązane wpisy