Po fali dyskusji o ekranizacji polskiej klasyki, przyszedł czas by pochylić się nad ekranizacją powieści amerykańskiej. Może mniej ważnej niż „Lalka” ale nie mniej istotnej dla budowania literackiego imaginarium. Mowa oczywiście o „Na wschód od Edenu”, które doczekało się nowej ekranizacji na Netflix. I muszę wam powiedzieć – im dłużej oglądałam serial, tym bardziej miałam poczucie, że twórcy chcieli zrobić to samo co polscy scenarzyści serialowej „Lalki” – opowiedzieć własną historię. Tylko moim zdaniem – udało im się te przesunięcia osadzić w świecie Steinbecka dużo lepiej – nie naruszając tkanki tekstu, ale dodając swoją indywidualną opowieść.
Jeśli „Na wschód od Edenu” kojarzycie głównie z filmu z Jamesem Deanem z lat pięćdziesiątych to możecie być nieco zaskoczeni serialem. Zgodnie z powieścią, fabuła zaczyna się tu dużo wcześniej niż hollywoodzki klasyk (którego fabuła zajmuje tak naprawdę tylko jeden – ostatni odcinek serialu). Historia zaczyna się pokolenie wcześniej. Charles i Adam też są braćmi, wychowanymi przez surowego ojca, który cały czas opowiada im o swojej wojskowej karierze. Braterska miłość jest wystawiona na próbę, bo uczucie ojca i jego ambicje wobec synów nie rozkładają się po równo. Zarówno Charles jak i Adam czują się pokrzywdzeni i zostają skierowani na zupełnie inną życiową drogę niż sobie wymarzyli.

East of Eden. Mike Faist as Charles Trask in episode 102 of East of Eden. Cr. Geoffrey Short/Netflix © 2026
Wcześniejsze rozpoczęcie opowieści pozwala przede wszystkim na oddanie kluczowego dla narracji Steinbecka horyzontu czasowego. Serial obejmuje dwadzieścia lat z życia rodziny Trasków. Widzimy nie tylko młodość Adama i Charlesa, ale też poznajemy historię Cathy, młodej dziewczyny, która nagle w potrzebie, pojawia się na progu ich domu. Obserwujemy, jak Adam zakochuje się w Cathy, jak bierze z nią ślub i zabiera do Kalifornii, gdzie ma zamiar rozpocząć nowe życie jako farmer. Widzimy jak ich związek się rozpada a potem obserwujemy dorastanie braci bliźniaków, którzy podobnie jak pokolenie wcześniej – ponad wszystko chcieliby zadowolić swojego ojca, ale też – znaleźć własną życiową drogę.
Najwięcej w takim ujęciu narracji zyskuje Cathy grana przez Florence Pugh. Jej bohaterka nadal jest okrutna, bezwzględna i mordercza, ale twórcy poświęcają sporo czasu na pytanie – dlaczego taka jest. Częściowo sięgają po to co możemy znaleźć w powieści Steinbecka, częściowo przesuwają narracje, dodają własne interpretacje, ale dzięki temu – tworzą spójny i w jakiś sposób zrozumiały portret psychologiczny. Cathy niekoniecznie budzi dzięki temu współczucie, ale można zrozumieć – dlaczego z taką łatwością przychodziło jej okrucieństwo. Dzięki zmianom perspektywy i pokazywaniu nam historii też z perspektywy bohaterki, historia skupia się dużo bardziej na jej opowieści niż na historii jej męża czy synów. Zajrzenie do głowy Cathy wyrywa ją ze schematu „bo to zła kobieta była”. Choć oznacza to miejscami odejście od powieści, to jednocześnie – nie łamie to zupełnie jej świata. Raczej dodaje mu kolejnej warstwy. Do samego końca jako widzowie musimy zdecydować – czy będziemy postrzegać zachowanie Cathy jako efekt traumy, mechanizm obronny czy też – przejaw charakteru, nad którym być może niekoniecznie jest w stanie panować. Twórcy nie zamieniają Cathy w postać dobrą, ale raczej pokazują jak „zło” jest odpowiedzią na mechanizmy społeczne. Gdyby ktoś mnie zapytał jak wyobrażam sobie feministyczną interpretację tej postaci, to właśnie tak – niekoniecznie poprzez wybielenie charakteru, czy zaprzeczenie działaniom bohaterki, ale właśnie poprzez dodanie kontekstu. To sprawia, że Cathy jest postacią wielowymiarową a to już olbrzymia zmiana względem tego jak zazwyczaj pokazywano ją w adaptacjach.

East of Eden. Florence Pugh as Cathy Ames in episode 102 of East of Eden. Cr. Geoffrey Short/Netflix © 2026
Zresztą serial dość mocno trzyma się tej refleksji – co w nas jest złem, jak sobie radzimy z naszymi przyrodzonymi cechami i czy potrafimy je przełamać. Jednocześnie – dzięki wydłużeniu narracji względem poprzednich adaptacji – dużo więcej czasu spędzam na refleksji nad rodzicami i tym jak wpływają na swoje dzieci. Ojciec Charlesa i Adama służy tu jako punkt wyjścia – zły ojciec, który choć powodowany miłością, niszczy relacje swoich synów. Przyglądanie się temu jak Adam jednocześnie nie chce powtórzyć błędów swojego ojca, ale też – prowadzi swoich synów dokładnie na te same rozdroża, jednocześnie łamie serce, jak i przypomina o tym, że wątki rodzinne są ponadczasowe i najbardziej poruszające – bo dotyczą nas wszystkich. W serialu znajdziemy też trzeciego „ojca” – „nie ojca” czyli Lee – służącego Adama, który właściwie wychowuje jego synów, a przynajmniej jest jednym z głosów w ich głowie. To ciekawy wątek, bo pokazuje, że niezależnie od ilości zrozumienia jakie daje dorastającym chłopcom Lee, to miłość i akceptacja ich ojca stanowi dla bliźniaków najistotniejszy punkt odniesienia.
Co ciekawe – serial jest najlepszy nie wtedy kiedy skupia się na ostatnich aktach historii – gdy obserwujemy Caleba i Aarona szukających swojej życiowej drogi, ale na początku – kiedy w centrum narracji jest Adam i Charles. Być może wynika to z energii jaką na ekran wnosi Mike Faist jako Charles. W jego bliskiej, ale podszytej pewną obsesją relacji z bratem jest mnóstwo emocji, których brakuje w relacji Aarona i Caleba. Ale Charles w tej interpretacji to także człowiek, który dostrzega Cathy dokładnie taką jaką jest. Widzowi pozostaje pytanie – czy zło rozpoznaje zło, agresja przyciąga agresję, frustracja dostrzeże frustrację czy też nikt Charles jest jedynym, który pozwala sobie zobaczyć Cathy po prostu taką jaką jest a nie poprzestawać na swoich wyobrażeniach. Faist jest świetny w tej roli i bardzo brakuje jego energii, kiedy akcja przenosi się do Kalifornii. Ale też cały wątek Charlesa sprawia, że do końca serialu zastanawiamy się nad tym – do jakiego stopnia to też opowieść o tym jak wyobrażamy sobie własny charakter i charakter tych, których kochamy.
Kto miał w ręku „Na wschód od Edenu” wiem, że nie jest to książka cienka i prosta. Scenarzyści wycięli niemal całą rodzinę Hamiltonów, stanowiącą pewien kontrapunkt do Trasków. W historii pozostał głównie patriarcha rodu, który jest głosem rozsądku i rodzinnych wartości (świetny Ciarán Hinds, który nawet słabsze sceny dowozi na najwyższym poziomie), w pewnym momencie poznajemy jego syna, który doradza bohaterom w sprawach biznesowych. Dla osób przywiązanych do wiernych adaptacji to pominięcie może być błędem, ale przyznam – rozumiem, dlaczego twórcy zdecydowali się, że jednak będziemy trzymać się jednej rodziny – mieli kilka odcinków i ambicję pogłębienia psychologicznej głębi postaci. Przy większej grupie bohaterów – pewnie by to nie wyszło. Inna sprawa, tak zupełnie po ludzku, toksyczność rodzinnych relacji sprawdza się na ekranie zdecydowanie lepiej niż rodziny zżyte i szczęśliwe.

East of Eden. Ciarán Hinds as Samuel Hamilton in episode 103 of East of Eden. Cr. Courtesy of Netflix © 2026
Ostatecznie twórcy filmu triumfują, bo wiedzą o czym chcą powiedzieć. Dostajemy i refleksję nad naturą ludzką, nad osobistymi wyborami, które podejmujemy, nad tym co w swoim życiu jesteśmy w stanie przewalczyć a czemu się sami poddajemy. Wszystko zaś zrealizowane niezwykle sprawnie, ale bez pośpiechu, tak że odczuwamy jak wiele czasu upłynęło, zaczynamy patrzeć na wszystkie postaci jako na bohaterów stworzonych nie tylko przez swoje charaktery, ale też przez okoliczności ich życia i urodzenia. Od Lee, który nigdy nie wpasuje się w amerykańskie społeczeństwo, przez Adama żyjącego w świecie swoich wyobrażeń, po Cathy, która ucieka przed próbą uwiązania jej jakimikolwiek uczuciami i relacjami. To wszystko razem, wzmocnione przez refleksje i zabiegi literackie zaczerpnięte od samego Steinbecka daje narracje spójną, ciekawą i poruszającą. Nawet jeśli nie jest to adaptacja wierna, to pozostaje wierna refleksji nad naturą człowieka, co jest tu kluczowe.
Na sam koniec mam refleksję, która towarzyszyła mi przez cały seans. Otóż przed napisaniem recenzji chciałam jeszcze raz przeczytać książkę, koniecznie obejrzeć na nowo film Kazana i być może nadrobić ekranizację z lat osiemdziesiątych. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że to jest totalnie bez sensu. Jasne, zawsze będziemy pamiętać o oryginale i dobrze go znać. Ale nie możemy być ciągle detektywami spójności i poprawności. Dzieło kultury, nawet inspirowane, musi przede wszystkim stać na swoich własnych dwóch nogach. Musi działać jako spójna narracja. Jeśli to robi, a ta adaptacja zdecydowanie to robi, to jesteśmy trochę zwolnieni z całej tej detektywistycznej pracy. Jasne, twórcy serialu nie „wygrają” z Steinbeckiem, ale ich interpretacja jest ciekawa, twórcza no i po prostu, nadzwyczajnej w świecie, doskonale się ogląda.
PS: Przez cały seans serial miała problem bo grający Adama – Christopher Abbott z brodą wygląda mi zupełnie jak Kit Harrington w takiej nie do końca idealnej wersji, co oznaczało, że mój mózg cały czas miał wrażenie, że coś jest nie talk.
