Hej
Ostatnimi czasy film wypełnia mi większość czasu zarówno prywatnego jak i zawodowego. Jako że jestem osobą pełną twórczego zapału udałam się ( z resztą zaproszona) na wykład pewnego reżysera mówiący o tym co interesuje mnie najbardziej – historii i kinie. O historii nie było nic, dowiedziałam się natomiast że film i sztuka filmowa są fenomenami zgodnie z założeniem fenomenologii Husserla oraz że nie posiadają miejsca w hierarchii ontologicznej gdyż film jest zapisem czasu a czas nie jest bytem ale ideą a co za tym idzie nie ma swojego bytu ontologicznego. Oczywiście wszystkie te informacje nie były umieszczone w jednym zdaniu tylko … w trzech. Siedziałam na wykładzie z niedowierzaniem kiwając głową jak to się dzieje że do czegoś stosunkowo prostego można dobrać tyle słów. Co więcej jak to się dzieje że osoby wypowiadające się o filmie z punktu widzenia sztuki czy teorii zawsze znajdują sposób by wykluczyć z filmowego świata większość oglądanych przez ludzi produkcji. Język opisujący historię malarstwa może być zastosowany zarówno do analizy portretu pana X malowanego na zamówienie jak i do abstrakcji Kandynskiego przy czym obu autorów uznaje się za twórców. Literatura daje nam narzędzia do alaizy dramatu Szekspira ale i do rozkładu na części najnowszej książki Kinga – i choć nie stawia ich na równym poziomie to obu traktuje na równi jako pisarzy. Tymczasem w przypadku kina widać podział między tymi którzy uważają sie za twórców i tymi których z pogardą nazywają rzemieślnikami. idąc tym tropem musielibyśmy z pogardą zwracać się ku dziełom Vermeera czy zatykać uszy słuchając Mozarta – oni byli geniuszami w służbie pieniądza – a jednak dziś na ich dziela patrzymy tak jakby nie było za nimi nic prócz czystego talentu. Czy z kinem też tak będzie?
