Home OgólnieBóże mój drogi Boże czyli dlaczego sprzedawanie odpustów w XXI wieku

Bóże mój drogi Boże czyli dlaczego sprzedawanie odpustów w XXI wieku

autor Zwierz

Hej

Istnieje zjawisko które dla przeciętnego obywatela Europy może być szokujące, dla Polaka zastanawiające, dla Amerykanina zupełnie codzienne. Chodzi mi rzecz jasna o telewizyjnych ewangelistów. Niektórzy mogą zwierzowi zarzucić że przecież to żadna kultura popularna ale gdy się patrzy na mega-kościoły na tysiące widzów  w których odbywają się wielkie show z użyciem najnowocześniejszych technologii przed wejściem sprzedaje się gadżety a całość ma na celu zebranie jak największej liczby pieniędzy to w sumie trudno podpisać to pod cokolwiek innego. Bóg w kulturze popularnej sprzedaje się nieźle ci telewizyjni kaznodzieje nie mają na co narzekać – ich popularność dorównuje największym gwiazdom ekranu ich zarobki są niezwykle wysokie a ich fani wierni. Jak dowiedziałam się dzisiaj taki sposób ewangelizacji to rozwinięty do granic absurdu pomysł z XVIII wiecznej Norwegii. Telewizyjni kaznodzieje nie są oficjalnie lubiani  – krąży wiele filmów (zarówno dokumentalnych jak i fabularnych) ukazujących że najczęściej są to oszuści bardzo często żyjący w sprzeczności z tym co głoszą. Jakkolwiek można ich nie lubić trzeba przyznać, że stosowane przez nich metody działają – choć oczywiście wynika to chyba ze specyficznego nastawienia ich słuchaczy – którzy skorzy są do entuzjazmu i fanatyzmu. Poza tym oferowany produkt  bo przecież do jego sprzedaży sprowadza się cała zabawa – to jak telezakupy w których raz pojawił się produkt który mógłby się nam przydać – jest bardzo atrakcyjny. Z resztą jak już wspomniałam Polaka dziwić to nie powinno bo i u nas ewangelizowanie poprzez media ma nieciekawą prasę i duże sukcesy. To ciekawe że ilekroć religia robi to co powinna czyli stara się pozyskać nowych wiernych korzystając z nowych mediów budzi w nas to poczucie zniesmaczenia. Religia i popkultura jakoś zawsze gdy się łączą tworzą rzeczy które bulwersują tych wierzących albo tych niewierzących.  Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu że przyczepienie czemuś religijnej łatki sprawia że od razu wzrasta sprzedaż niezależnie czy jest to Kod Leonarda da Vinci czy Pasja Gibsona. Zresztą wielka religia i wielka kasa zawsze szły ze sobą w parze – Dziesięcioro przykazań czy Ben Hur – odrobina religii i nie ma się co bać o zyski. Zwierza nieco bawi paradoks polegający na tym że protestanci którzy wieki temu protestowali przeciw sprzedaży odpustów i bogactwu kościoła teraz sami są gotowi kupić zbawienie. Czy jednak zwierz to potępia? Raczej nie – tym co rządzi wielkimi religiami i popularną rozrywką jest charyzma – wystarczy że się ją ma a można odnieść sukces w jednym i w drugim. A że ludziom zawsze do wiary potrzebne było trochę dekoracji to trudno się dziwić że spieszą do wielkich kościołów. Zresztą religia już od dłuższego czasu jest produktem – symbole religijne funkcjonują dziś na tej samej zasadzie co znaki wielkich korporacji – są łatwo zrozumiałym uniwersalnym kodem, podobnie jak imiona wielkich przywódców religijnych. Czy to źle?
Ujmę to w ten sposób – Jezus zamienił wodę w wino, wskrzesił Łazarza, i uzdrawiał chorych a na samym końcu zmartwychwstał. Wypędzał też kupców ze świątyni i to był jedyny raz gdy poniósł klęskę.

Powiązane wpisy