Home OgólnieKwintesencja czy konwencja czyli czy koncerty mają jeszcze sens

Kwintesencja czy konwencja czyli czy koncerty mają jeszcze sens

autor Zwierz

Hej

Zwierz chce z góry uprzedzić wszelkich swych czytelników że dzisiejsze rozważania mają dla zwierza charakter wysoce abstrakcyjny. Zwierz mimo swojego uwielbienia dla wszystkiego co popularne nigdy nie był na koncercie z jednego prostego powodu – zwierz ma nie całe 1,60 – więc albo stoi w pierwszym rzędzie albo widzi czyjeś plecy – to zwierz już woli zostać w domu. Ale wie że ilekroć wielka gwiazda ma mieć w Polsce koncert tylekroć robi się o niej głośno, gazety i serwisy informacyjne wypełniają się jej zdjęciami zaś fani szaleją. Jedna rzecz mnie jednak zastanawia – czy w czasach płyt ze świetną jakością dźwięku i co raz popularniejszego playbacku koncerty mają jeszcze sens? Oczywiście jest to pytanie przewrotne – przecież prawie nikt nie chodzi dziś na koncerty dla muzyki ( aby nie zostać posądzoną o ignorancję – piszę tu o koncertach mainstreamowych gwiazd popu ) – wszyscy niemal chodzimy dla przeżycia – dziś mało nam życie oferuje przeżyć zbiorowych – święta kościele i narodowe już dawno przestały być zbiorową fetą. Z kolei koncerty coraz mniej mają wspólnego z muzyką – wielkie gwiazdy wożą ze sobą gigantyczne sceny i setki tancerzy – wielkie widowisko w którym muzyka musi zejść na dalszy plan choćby dlatego że wielu wykonawców tańczy (nie da się tańczyć i dobrze śpiewać jednocześnie). Co więcej z takiej gigantycznej sceny wykonawca nie widzi widowni – równie dobrze mógłby siedzieć w ciemnym pokoju. Na dodatek koncertowanie wciąż się opłaca – na tyle by niekiedy przepuścić trochę zysków ze sprzedaży płyt tylko po to by zachęcić ludzi do udziału w koncercie. Odnoszę jednak wrażenie że niedługo dojdziemy do ściany tzn. już prawie nie będzie muzyków naprawdę śpiewających za to koncerty będą jeszcze większymi spektaklami z gatunku – światło i dźwięk. No tak ktoś zaraz nakrzyczy na zwierza że nie biorę pod uwagę tego że koncert to jedyny moment spotkania z gwiazdą zobaczenia jej na żywo i przekonania się że nie jest tylko wymysłem marketingowym ale istotą z krwi i kości – istotnie zwierz przyznaje się że nigdy nie czuł takiej potrzeby – wręcz przeciwnie zawsze wydawało się zwierzowi że lepiej obejrzeć sobie np. Madonnę w telewizji niż z odległości 400 metrów (lub na telebimie) zwłaszcza że 3/4 tego co krzyczy się do fanów ze sceny to stały zestaw okrzyków. Czy jestem wobec tego przeciwna koncertom? Nie broń Boże po prostu wydają mi się strasznym reliktem dawnych czasów gdy żeby poznać artystę trzeba było iść na jego koncert.

Cały zaś problem przyszedł mi do głowy gdy oglądałam wywiad z Barbrą Streisand – która oficjalnie przyznaje się że nienawidzi koncertować że nie ćwiczy głosu i nawet sobie nie podśpiewuje. Ta jej niechęć do pokazywania własnego talentu jakoś wydaje mi się sympatyczna (zwłaszcza gdy opowiadała że nie jest w stanie zrozumieć jak Liza Minnelli jest w stanie po prostu wstać w czyimś salonie i zaśpiewać widząc swoich słuchaczy ) – ktoś kto ma talent ale się trochę wstydzi (nawet przy takich osiągnięciach) jest jakiś bardziej ludzki.

Powiązane wpisy