Hej
Jak już wiecie kilka dni temu zarwałam noc by przez cztery godziny wgapiać się w Oscarową galę. Nie ważne kto wygrał – tak naprawdę wystarczy zajrzeć rano na stronę internetową by się o tym przekonać więc po co mam powtarzać. Z resztą moje typy były w tym roku trafne – pomyliłam się tylko dwa razy – w filmie zagranicznym ( stawiałam na Izrael) i w aktorze pierwszoplanowym ( myślałam że nagrodzą Westlera) choć akurat ta pomyłka byla dla mnie miłym zaskoczeniem bo uważam że Penn zasłużył na Oscara ( oglądając Milka chwilami żałowałam że taki przystojny facet jest gejem więc rolę odegrał idealnie;). Okej spytacie – czemu wracam do tego po tygodniu. A no za sprawą recenzji które miałam okazję przez ten tydzień przeczytać w prasie i tygodnikach. Problem polega na tym że recenzencji i krytycy mają za zadanie być niezadowoleni. Wszystko pięknie póki ich niezadowolenie wynika z troski o wysoki poziom widowisk i filmów – gorzej kiedy wynika z prostej niewiedzy. Ponad połowa Polskich recenzentów przytaczała dowcipy w marnym tłumaczeniu polskiego tłumacza tak jakby nie mogli ich wysłuchać w orginale, nikt nie zrozumiał nawiązania jakie Ben Stiller robił do zachowania Jaquina Phenixa w show Dawida Lettermana – bez tej wiedzy dowcip był nie śmieszny – nie mniej od recenzenta wymagamy chociaż tyle by umial taki żart nam wyjaśnić. Przyklady można mnożyć co nie zmienia faktu że niekompetencja wśród krytyków filmowych sięga szczytów. Potrafią godzinami mówić o filmach ambitnych ale nei znają się na kulturze popularnej – to sprawia że zawsze stają w opozycji z widzem który w kulturze popularnej jest zanużony. Oczywiście ciesze się że nasi krytycy chcą propagować kulturę wyższą ale kiedy ktoś na Oscarowej gali krytykuje fakt że jest ona bardziej świętem gwiazd niż filmu to znaczy że nie rozumie całego założenia Hollywood.
