Hej
Jeśli jeszcze się nie zorientowaliście mieszkam w Warszawie. Nie żeby przemawiał przeze mnie jakiś ekshibicjonizm ale uważam że ten fakt wart jest przypomnienia w tym poście. Jako mieszkanka warszawy od pewnego czasu bardzo miło konwersuję z pewnym facetem który choć pochodzi z czarnego lądu chwilowo przebywa u krewnych w Stanach Zjednoczonych. Nie wiem kim jest ten człowiek z reszta nie jest to podstawą naszej rozmowy, podejrzewam że on też nie ma pojęcia kim jestem. Nie rozmawiamy o niczym ważnym – skarżymy się na pogodę dzielimy uwagami o miastach które odwiedziliśmy i mamy zamiar odwiedzić. Rozmowa jest uprzejma – taka jaką prowadzą dwie osoby na przyjęciu gdy nie mają pojęcia czy istnienie jakikolwiek wspólny temat. Język jakim się posługujemy w czasie tych rozmów to język internetu – angielski bez orotgrafii i gramatyki bez zbędnej odmiany czasowników – współczesne esperanto czy jak kto woli globisz. Nie chcę pisać o historycznej perspektywie rozwoju komunikacji. Po prostu choć żyje od lat w świecie internetu nie mogę wyjść z podziwu że na Facebooku mogę rozmawiać sobie z jakimś gościem ze Stanów którego wcale nie znam. Bo powiedzicie sami to czyste sf.
