Hej
Zwierz wspomniał wczoraj, że był na Warszawskim Festiwalu Filmowym. Oczywiście zwierz nie byłby sobą gdyby nie podręczył was kilkoma dywagacjami na ten temat. Zacznijmy od tego, że zwierz zwykle dość sceptyczny względem festiwali ( cóż jest to trochę rozrywka dla snobów) festiwal Warszawski uwielbia i biegnie na niego ilekroć może ( i to nie tylko dlatego że bilety kupuje dobry znajomy zwierza).
Dlaczego? Przede wszystkim ze względu na samą dość otwartą formułę. WFF nie chowa sie po małych kinach studyjnych tylko wręcz przeciwnie zajmuje dwa multipleksy w samym centrum – zdaniem zwierza to zdecydowanie lepszy sposób na promowanie kina nieco ambitniejszego ( WFF to jednak nie Nowe Horyzonty). Po drugie zwierz lubi to że widzowie na WFF wydają się być dość przypadkową mieszanką ludzi skuszonych filmami, tańszymi biletami czy nietypowymi godzinami pokazów. Czyli dokładnie ci ludzie którzy na festiwalach powinni się pojawiać. Nie znalazł zwierz dotychczas na WFF zadęcia ani szpanu – nie wstyd wpaść tylko na jeden film, nie wstyd wpaść na ten film, który być może trafi do zwykłej dystrybucji. Innymi słowy zwierz odnosi wrażenie, że WFF nadal jest festiwalem przede wszystkim dla widzów a nie dla szpanu ( niestety los bycia festiwalem na którym wypada się pokazać ale nie koniecznie obejrzeć film dopadł bardzo wiele imprez).
Nie mniej nie chodzi zwierzowi o reklamowanie festiwalu który niekoniecznie reklamy i to od zwierza potrzebuje. Otóż filmem na który udał się zwierz był film ” Antoher Earth” zwycięzca tegorocznego Sundance. To film dość ciekawy – choć zwierz nie jest bezkrytycznie zachwycony – który wpisuje się starą ale wciąż fascynującą tendencję science fiction społeczno filozoficznego. Zwierz ośmieli się tu stwierdzić, że żaden inny z gatunków popularnych nigdy nie wytworzył tak silnego powiązania z kulturą wyższą jak science fiction. Jeśli się nad tym zastanowić jeśli w XX wieku pisarz, filmowiec czy nawet autor serialu starał się postawić szerokiej publiczności ważne filozoficzne czy socjologiczne pytanie zadawał je przy pomocy science fiction.
W sumie trudno powiedzieć skąd wzięła się ta tradycja, oczywiście w czasach kiedy szalała cenzura łatwiej było napisać o świecie który nie istniał a był dziwnie podobny do naszego niż pisać wprost o otaczającej autora rzeczywistości. Nic więc dziwnego, że jeśli chce się sięgnąć po świetną fantastykę z okresu przed latami 90 to przeważać będą Autorzy rosyjscy, polscy czy z krajów gdzie było raczej bardziej szaro niż kolorowo. Ale z drugiej strony nie chodziło tyko o ominięcie cenzury i krytykę społeczną. Czytając Lema niejednokrotnie czytelnik może zadać sobie pytanie czy ten cały kosmiczny płaszczyk nie służy zmyłce i czy nie czytamy przypadkiem traktatu filozoficznego.
Oczywiście trzeba było by przyjąć że Lem był tylko pisarzem a nie kosmitą który po prostu po obserwacji życia na ziemi wrócił na swoją planetę ( w co zwierz wierzy) ale pytanie nadal wydaje się zasadne. W każdym razie nawet teraz kiedy już po cenzurze nie pozostało śladu wciąż jeszcze zaskakująco dużo książek sf nie jest tylko o kosmicznych podróżach i bijatykach. Więcej niekiedy nawet te które są o kosmicznych podróżach i bijatykach są zaskakująco „ciężkie” w czytaniu.
O ile jeszcze w przypadku literatury wybieg wydaje się dość oczywisty o tyle ciekawym jest jak bardzo ta idea inteligentnego i dość niekojącego sf ma się w kinie. Zacznijmy od tego że należy od razu wydzielić dwa główne nurty – pierwszy to sf popularne takie jak Gwiezdne Wojny, Star Trek czy Gwiezdne Wrota – to sf nie jest niepokojące, nie zaburza naszego spokoju ducha, daleko mu do moralnych traktatów nie mniej i tu bywa że podejmowane są ważne społecznie kwestie – jak juz zwierz niejednokrotnie pisał Star Trek był np. jednym z pierwszych programów w kulturze popularnej gdzie bohaterowie czarnoskórzy występowali na równej stopie z białymi. Z kolei Avatar może nie był najlepszym filmem jaki nakręcono ( mimo zapewnień reżysera) ale wypowiadał się dość ostro na temat ekologii. Nie mniej uznajmy że dziś zwierz nie będzie się rozwodził nad tym sf.
Drugi nurt to nurt Odysei Kosmicznej 2001 – jednego z bardziej denerwujących ale też bardziej filozoficznych filmów które osiągnęły popularność ( przynajmniej wszyscy wiedzą że powinni to obejrzeć), z kolei ekranizacja Solaris ( Lema) Tarkowskiego jest tak filozoficznym i impresyjnym miejscami filmem że zwierz nie zna zbyt wielu widzów którzy dotrwali do końca ( zwierz nie ukrywa że sam nie dotrwał) z resztą Stalker tego samego reżysera jest też filmem zdecydowanie należącym do produkcji bardzo refleksyjnych ( zwierz przyznaje bez bicia że zasną w połowie projekcji ale dla usprawiedliwienia to była pora dla inteligenta czyli po 1 w nocy). No dobrze w tym momencie można zarzucić zwierzowi, że owym refleksyjnym sf zajmują się wyłącznie ponurzy Rosjanie.
Ale przecież nawet pozornie rozrywkowy Łowca Androidów jest filmem przede wszystkim koncentrującym się na wizji człowieczeństwa – miejscami ten mający cztery wersje film w niczym nie przypomina Hollywoodzkich produkcji zwłaszcza wtedy kiedy widzowie zadają sobie pytanie jakie jest właściwie zakończenie tego filmu. Równie ciekawym filmem sf jest 12 małp które tylko pozornie jest filmem o przyszłości ( a może przeszłości) a tak naprawdę ciekawą wizją nieuchronności wydarzeń. Ostatnio oprócz wspomnianej nagrodzonej na Sundance Drugiej ziemi ( w której więcej jest psychologii niż sf) olbrzymią popularnością cieszył się kameralny Moon który oczywiście nie był filmem o samotnym pracowniku na Księżycu. Przykłady zapewne można by mnożyć bo dziś nawet słaby i krytykowany film jak np. Kod Nieśmiertelności ma zapędy do jakiegoś filozoficznego komentarza czy podtekstu.
?Oczywiście odpowiedź na pytanie dlaczego akurat spojrzenie w przyszłość budzi w nas takie filozoficzne nastroje nie jest trudne. Wszyscy chcemy sobie zadać pytanie o to kim jesteśmy, czy jesteśmy sami we wszechświecie i jaki jest sens życia oraz natura otaczającej nas rzeczywistości. Nic więc dziwnego, ze co którzy nie chcą pisać traktatów filozoficznych albo ci którzy chcą by ktoś przeczytał ich traktat filozoficzny sięgają właśnie po sf które wydaje się być jednym z najlepszych wkładów jakie XX wiek ( no dobra można uznać że koniec XIX ) wniósł do kultury. Z drugiej strony sf jako literatura czy kinematografia popularna sięga tam gdzie nie sięgnęły by poważne dzieła. I tak powstał ciekawy paradoks ( zwierz jest wielbiciele paradoksów) w którym ten uznawany wielokrotnie za gorszy gatunek jest jednym z najchętniej podejmując naprawdę trudne tematy ( oczywiście nie jedynym – nie przesadzajmy). A jednak jeśli powiesz że jesteś fanem science Fiction ( czego zwierz chyba nigdy nie zrobił bo czuje się zbyt nie kompetentny) to zostaniesz zakwalifikowany do grupy wielbicieli kultury niższej. Tymczasem niektórzy fani sf pluszczą się w kulturze wyższej aż miło. I z tym wnioskiem zwierz pozostawia was drodzy czytelnicy.??
