My Fair Selfie czyli zwierz ogląda Selfie i ma kilka wątpliwości

26/08/2014

Nudno, Wesoło, Smutno czyli takie sobie Emmys

26/08/2014

Idź do kąta i zastanów się nad tym co zrobiłeś czyli finał True Blood sucks

26/08/2014
empty image
empty image

Hej

Czasem trudno jest nam powiedzieć kiedy jakiś serial przykuł naszą uwagę, zawładną sercem a potem bezpowrotnie je stracił. Czekając na ostatni odcinek Czystej Krwi Zwierz zdał sobie sprawę, że może niemal co do dnia podać kiedy zdecydował się serial oglądać (dzień po wizycie Aleksandra Skarsgarda w Polsce, kiedy zwierz miał okazję zobaczyć ile aktor i serial ma w Polsce fanów), kiedy stracił do niego serce (w dniu kiedy na ekranie pojawił się pan wampiro-wróżka. Wtedy zwierz przestał liczyć, że kiedykolwiek jeszcze będzie w stanie oglądać ten serial na poważnie), kiedy w końcu doszedł do wniosku, że musi jednak ten ostatni sezon serialu obejrzeć (pierwsza retrospekcja Erica i Pam). True Blood zafundowało więc zwierzowi prawdziwą karuzelę emocji. Zwierz porzucał serial, by do niego wracać, tracił do niego jakiekolwiek ciepłe uczucia, by potem zdać sobie sprawę że nie przeżyje jeśli Eric nie dożyje końca sezonu. Nic więc dziwnego, że czekał na ostatni odcinek z napięciem, czekając co się tak właściwie wydarzy. Jednocześnie oglądając ten ostatni sezon zwierz odniósł wrażenie, że scenarzyści nie tyle nie mają pomysłu jak go zakończyć, ale tak naprawdę nie wiedzą do końca, o czym chcieli nam przez te kilka lat opowiedzieć. I oglądając koniec serialu zwierz doszedł do wniosku, że rzeczywiście – dość powszechne rozczarowanie całą historią wynika z faktu, że tak naprawdę żadnej historii nie było. Były tylko wampiry, krew i nagie ciała. A zapowiadało się przecież tak dobrze. Wpis zawiera spoilery. Mnóstwo spoilerów. Same spoilery. Ogólnie zwierz nie po to czekał siedem lat aż serial się skończy by nie napisać postu o ostatnim odcinku w którym roi się od spoilerów.

To niesamowite jak może wkurzyć finał serialu którego się nawet tak bardzo nie lubiło. Brawo scenarzyści. 

 

Zacznijmy może od końca to znaczy od pewnego pomysłu na zakończenie trochę na siłę promowanego trójkąta Bill, Eric, Sookie. Powiedzmy sobie szczerze ten trójkąt (czy aż do śmierci Alcide’a czworokąt) to była jedna z tych rzeczy która strasznie serialowi ciążyła. Czego by twórcy nie zrobili ktoś był niezadowolony. Przy czym niestety sympatie nie rozkładały się po równo – no niezależnie od deklaracji bohaterów nie dało się zmienić faktu, że Aleksander Skarsgard trochę ukradł True Blood czy to się komukolwiek podobało czy nie. Z kolei Anna Paquin i Stephen Moyer mieli na ekranie beznadziejną chemię co jest sporym osiągnięciem biorąc pod uwagę, że w życiu prywatnym są szczęśliwym małżeństwem.  W książce, o ile jeszcze pamiętacie Sookie ostatecznie po wszystkich perypetiach kończy z Samem (a właściwie trochę na początku znajomości z Samem). Tu Sama zdecydowano się wykreślić z równania, (co ogólnie jest trochę dziwne – bo miał on już dużo wcześniej wiele powodów by z miasta wyjechać no ale możemy założyć, że dziecko w drodze jest tym ostatecznym) podobnie jak wcześniej Alcide’a.  Został nam więc rzeczywiście tylko trójkąt. Aż prosi się o jakąś konfrontację.

Bill chodzi i cierpi, widz cierpi że Bill jeszcze chodzi

 

Ale nie scenarzyści w obliczu braku dobrego rozwiązania zaproponowali widzowi specyficzną amnezję. Po odcinku 9 gdzie Bill przekonuje Erica że im obu nie chodzi o Sookie tylko o jej światło, Eric właściwie wypada z równania. Zostaje Bill i Sookie, a właściwe samobójczy Bill i jego znakomity pomysł na to by wszyscy żyli (a właściwie nie żyli) długo i szczęśliwie.  Tym samym próbują nas trochę przekonać, że głównym wątkiem serialu była w istocie związek Sookie i Billa. I choć rzeczywiście w pierwszych sezonach tak mogło się wydawać to w ostatnich Bill był już raczej irytującym dodatkiem. W związku z tym próba przekonania nas, że jego śmierć wszystko kończy i przywraca ład wydaje się zwierzowi lekko naciągana. Podobnie zresztą jak wizja Erica który po tym wszystkim co przeżył z Sookie i dla Sookie  decyduje się dać spokój po właściwie jednej rozmowie z Billem. Oczywiście fakt, ze Sookie jest wróżką ma znaczenie,  jednak nie przesadzajmy – światło wróżki przyciągać może, ale panowie zostają dla niej (co zwierzowi zawsze było trudno zrozumieć). Przekonywanie widza, ze Eric tak łatwo dałby za wygraną i że w ogóle nie darzył Sookie takim uczuciem nie styka po prostu z resztą serialu. Jedyny powód dla którego scenarzyści zdecydowali się (zdaniem zwierza) na takie rozwiązanie to autentyczny brak pomysłu jak zakończyć rozsądnie wątek Erica i Sookie.

 Nawet jeśli Eric rozprawiający się z Jakuzą był zabawny to nie dla takich scen oglądamy finał serialu

Zdaniem zwierza ów pomysł by żaden z nich Sookie nie dostał, a została ona z jakimś tajemniczym – nieznanym widzowi – bohaterem byłby dobry, gdyby obaj dostali takie sceny z Sookie jakich widz mógłby się spodziewać. I o ile Bill dostał ładne pożegnanie to niestety brakowało, odpowiedniego pożegnania Sookie i Erica. Zwłaszcza że  w ostatnich sezonach tą dwójkę łączyło zdecydowanie najwięcej niż Billa i Sookie. Nawet sam początek sezonu grał zdecydowanie bardziej uczuciami Erica i Sookie niż Sookie i Billa. Nie ukrywajmy – nikt nie ogląda ostatniego odcinka serialu by przekonać się, jak Eric pokona Jakuzę – tu czekamy na sceny domykające, zamierzenie emocjonalne, satysfakcjonujące.  Tu satysfakcji nie było – chyba nawet dla wielbicieli Billa. Tuż przed śmiercią dokonał on bowiem jakiegoś mentalnego zwrotu w kierunku XIX wieku decydując za siebie i za Sookie co dla nich będzie najlepsze. O ile jeszcze pomysł by popełnić samobójstwo można jakoś rozumieć (choć fakt, ze zwierz płakał po prawie nie znanym sobie Godryku w sezonie 3 a przy Billu nie uronił ani łzy o czymś świadczy) o tyle dyktowanie Sookie że ma zostać człowiekiem bo tak będzie dla niej lepiej sprawia, że człowiek tylko czeka aż bohaterka wyrzuci go za drzwi albo przebił najbliższym trzonkiem od szczotki. I w sumie tylko w scenie gdy Sookie odmawia porzucania wróżkowego światła zwierz poczuł satysfakcję.

 

Zwierz oglądał serial przez kilka lat. Tam nie było miejsca na „długo i szczęśliwie”

Pewną próbę powrotu do serialu, którego już dawno nie oglądamy była scena ślubu Jessicy i Hoyta. Zwierz przyzna szczerze, że dla niego powrót tej pary był jednym z takich elementów WTF. Ich wątek zakończył się jakiś czas temu i zdaniem zwierza słusznie, zwłaszcza, że zachowanie bohaterów wskazywało na to, że nie powinni być razem. A teraz jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki cofamy czas. Przy czym wszędzie biega Bill i przekonuje, że można się zakochać od pierwszego wejrzenia chyba tylko po to by móc się pobawić w dumnego ojca, a scenarzyści mieli jakiś ślub w odcinku. Ponownie zwierz rozumie, że twórcy chcieli jakoś pozamykać wszystkie wątki i nawet nie ma do nich pretensji o samą  całkiem niezłą scenę ślubu (myśli Billa były trochę egzaltowane, ale np. uwaga o nieuznawanych ślubach przypominała trochę wątki społeczne z początku serialu), ale ponownie miał wrażenie jakby scenarzyści próbowali przekonać zwierza że serial toczył się wokół zupełnie innych postaci niż to zwierz pamiętał. Poza tym co to się nagle porobiło z tymi ekspresowymi związkami – ten Jason którego zwierz znał z patologicznego wręcz niszczenia wszystkich związków poznaje dziewczynę pod sam koniec serialu i ma z nią być przez następne lata? Chyba tylko po to by zdenerwować zwierza, i widzów którzy chcieliby jednak by bohaterowie nie zmieniali charakteru za pięć dwunasta. Zresztą w ogóle to jest wkurzające kiedy ważne dla serialu postacie (jak np. Lafayette) są w ostatnim odcinku ignorowane a zamiast tego wprowadza się nagle zupełnie nową postać tuż przed końcem historii i jeszcze wmawia się widzowi, że jest wyjątkowa (inaczej Jason by z nią nie został tak długo). To jest czyste lenistwo scenarzystów, w ten sposób można każdy wątek zakończyć dowolnie wprowadzając nowe postacie, które rozwiążą wszystkie nasze problemy.

Zwierz miał wrażenie, że strasznie dużo wątków przyśpieszono czy dorzucono zupełnie niepotrzebnie

Zresztą w ogóle zwierz musi powiedzieć, że ma trochę dosyć tego powszechnego „i żyli długo i szczęśliwie” unoszącego się nad ostatnim odcinkiem. Zwłaszcza w True Blood ktoś jeszcze poza Billem powinien zniknąć z obrazu. Jak słusznie zauważył recenzent jednego z amerykańskich czasopism – twórcy ewidentnie za bardzo polubili swoich bohaterów i nie potrafili zafundować nam jeszcze jednego zgonu na koniec. Więcej nie byli w stanie zafundować im żadnego rozstania – w tym niewielkim miasteczku gdzie wszyscy ze wszystkim na okrągło sypiali, po latach niepokoju zapanowała taka rodzinna atmosfera, że jak ktoś nie ma pary to pewnie go nie zapraszają na imprezy. Przy czym zwierz się zastanawia jak to „długo i szczęśliwie” jest w ogóle możliwe. Bo jeśli po śmierci Billa wszystko jest w porządku oznaczałoby to, że Bill jest katalizatorem wszelkich problemów jakie spadały na Bon Temps i okolice.  A to nie prawda, problemy czaiły się w zakamarkach tego prawie nie zamieszkiwanego przez ludzi świata nawet bez obecności Billa. Zwierz jakoś nie wierzy by po jego odejściu zapanowała sielanka. A właściwie nie wierzy by cokolwiek zmieniło to w niebezpiecznym obrazie świata i okolic miejscowości (przecież wszyscy wiemy, że tam wciąż czają się inne wampiry, wilkołaki i wszelkie dziwne i straszne stwory) Co więcej – jak wiemy – Sookie nie pozbyła się swojej wróżkowej mocy więc nadal powinna przyciągać kłopoty. Nie mniej twórcy popadli w jakiejś reprodukcyjne szaleństwo – kazali wszystkim zjechać się na Święto Dziękczynienia z gromadką dzieci trochę sugerując, że Sookie może być teraz szczęśliwa bo jest w ciąży. Bo jasne to jest właśnie to co oznacza, ze kobieta jest szczęśliwa. Dzieci. Nie żeby zwierz nie lubił dzieci ale na Boga po siedmiu sezonach, krwi, seksu i zjawisk paranormalnych nie chce zakończenia rodem z serialu familijnego na ABC. Tak strasznie w tym sielankowym obrazie brakowało sugestii, że tam gdzieś poza granicą światła wciąż jeszcze czai się ta cała ciemność. Wtedy zwierz może by na tą koszmarnie przesłodzoną ostatnią scenę spojrzał przychylniej.

W sumie nic w finale nie poruszyło zwierza

Zwierz wspomniał już o rozczarowującym zakończeniu wątku Erica. Zwierz miał wrażenie jakby scenarzystom się nie chciało. Zwłaszcza w jego przypadku. Tak oczywiście on i Pam stanowią cudowny duet i obserwowanie jak kręcą swoją reklamę (czy zwierz ma rację, że za konsoletą siedziała autorka powieści?) było przezabawne, ale zwierz chciałby jakiegoś mniej odbębnionego zakończenia. Zwłaszcza, że pozostaje pytanie, dlaczego Pam i Eric siedzą w swoim starym klubie na zadupiu skoro nic ich tam nie trzyma. Chyba, że Eric (który trochę smutno wygląda na tym swoim tronie w ostatniej scenie) wciąż jednak czeka, na Sookie. No ale to by wymagało napisania czegokolwiek poza zabawnymi scenkami a to jakoś scenarzystom się nie udało. Niestety ta dwójka nie dostała, (na co zwierz już się skarżył) żadnej porządnej domykającej ich wątek sceny.  I tak właściwie, zwierz miał wrażenie jakby scenarzyści mieli nadzieję, że widzowie nie zauważą ile wątków zignorowali, zajęci wyłącznie śmiercią Billa. Zresztą chyba zgodzą się ze mną stali widzowie, że to był odcinek po prostu nudny, pozbawiony emocji, napisany jakby trochę na odwal się. W ostatnim sezonie zdarzały się naprawdę dobre odcinki (na początku kiedy Eric jest chory, kiedy rozmawia z Pam, kiedy poznajemy ich przeszłość), które przypominały widzowi, ze jednak trochę mu na tych postaciach zależy. Tym gorzej kiedy serial kończy się tak, że widz właściwie odchodzi od telewizora wzruszając ramionami. A taką reakcję miał zwierz. Dokładnie. Zupełnie nic go to zakończenie nie obeszło. I prawda – nie przepadał za Billem, ale nawet jego odejście, dobrze wyreżyserowane powinno go jakoś obejść. A tu był wręcz zadowolony, że ten strasznie denerwujący bohater nie będzie więcej chodził i jojczył, Siedem sezonów pełnych emocji, i zwierz poczuł się okradziony nawet z jakiejś sentymentalne zadumy. Ten odcinek nie był nawet sentymentalny (co zwierz jeszcze czasem serialom wybacza) był po prostu strasznie żaden.

JA rozumiem że Skarsgard pojechał kręcić Tarzana ale naprawdę Eric zasługiwał na lepsze zakończenie swoich wątków.

Skończyć serial jest trudno. Skończyć go w sposób satysfakcjonujący jeszcze trudniej. Zwierz może na palcach jednej ręki policzyć zakończenia wielosezonowych seriali które naprawdę usatysfakcjonowały widza. Nie mniej to co zwierza w zakończeniu True Blood najbardziej zdenerwowało to brak tej próby odnalezienia w całej historii jakiegoś wniosku. Jeśli twórcy chcieli nam podpowiedzieć, że najlepiej zadawać się z ludźmi, to chyba nie zrozumieli swojego serialu (w którym przecież tak chwalili właśnie szukanie związków na przekór). Jeśli chcieli nam powiedzieć, że odejście jednej postaci cokolwiek zmieni to chyba własnego serialu nie oglądali (pamiętacie że wciąż w świecie wampirów trwa bezhołowie bo właściwie nie ma władz). Jeśli w końcu myślą przewodnią ma być, że najlepiej być sobą to jest to wniosek jakoś nie znajdujący odbicia w tych ostatnich scenach. Wszak Sookie najbardziej była sobą kiedy pakowała się w tarapaty uspokajając jednocześnie dwóch gryzących się o nią wampirów. Możecie zwierzowi zarzucić, że True Blood niekoniecznie musiało o czymś być. Ale tu zwierz się nie zgodzi – nawet błaha historia powinna być o czymś choć odrobinkę.  Inaczej naprawdę snucie go tyle sezonów jest stratą czasu. Kiedy zwierz przypomina sobie zachwyty i analizy po pierwszych sezonach – dyskusje o tym ile o współczesnej Ameryce i jej uprzedzeniach mówi True Blood zrobiło mu się przykro. Gdzieś po drodze serial zupełnie stracił swoje socjologiczne zacięcie i niestety mimo, że czasem nadrabiał humorem (akurat w tym przypadku dobrym) czy nagością (demokratycznie męską i żeńską za co mu chwała) to jednak nie był w stanie nadrobić historii. I tak po latach przyglądania się jak nasze wampiry ganiają się Stanach zwierz może powiedzieć tylko jedno. True Blood Sucks.

Ps: Natomiast Masters o Sex jest tak dobre, że chyba naprawdę powinni tego zabronić.

Ps2: Tak zwierz wie, że rozdano Emmy. Na pewno będzie jeden komentarz dziś na Seryjnych i jeszcze jeden dłuższy jutro na blogu.

Brak interpunkcji we wpisie wynika z dysortografii Zwierza. Jeśli chcesz wiedzieć więcej, zajrzyj do zakładki „Gdzie są przecinki”.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • allegra_walker

    @ Zwierz może na palcach jednej ręki policzyć zakończenia wielosezonowych seriali które naprawdę usatysfakcjonowały widza.

    Będzie wpis? Albo chociaż wpisik na asku? :-)

    • Ani L-ska

      Też zgłaszam zapotrzebowanie na taki wpisik, bo obejrzałam w życiu dziesiąt seriali, a na myśl przychodzi mi tylko Six Feet Under…

    • Agata

      Zwierzu kochany, prosimy tak bardzo…

      • Artur Ymir Bednarz

        Breaking Bad oraz The Wire również miały bardzo satysfakcjonujące zakończenia.

    • Aube

      Też się podpisuję. Pisał Zwierz ostatnio niepochlebnie o końcu HIMYM czy niedosycie Parade’s End i pewnie parę jeszcze innych, które przegapiłam, ale jakoś nie przypomina mi się artykuł o dobrze zakończonych serialach. Secunduję więc wnioskowi Allegry lub proszę o info kiedy Zwierz już o tym pisał ;-)

    • Świeczek

      Włączyłam Disqusa by napisać dokładnie taki sam komentarz.

    • Agnieszka Kałuzna

      W sumie House pomimo słabego sezonu miał w miarę satysfakcjonujące i logiczne zakończenie (pomimo braku Cuddy)

      • so_cold_

        Zgadzam się, chyba wielu osobom się nie podobało ale dla mnie było ok. Jeszcze przychodzi mi do głowy zakończenie Przyjaciół

    • so_cold_

      Moim zdaniem finał Desperate Housewives był ok, cały przepłakałam:) i chociaż ostatni sezon był raz lepszy, raz gorszy, to jednak na koniec pozostał nam żal że to już ostatni odcinek. I takie właśnie powinny być zakończenia seriali

  • aHa

    Właśnie sobie zdałam sprawę że nie dooglądałam do końca chyba żadnego serialu który miał więcej niż trzy sezony. Nawet takie, które kiedyś powodowały moje piski zachwytu, łzy, gwałtowne oplucia ekranu, kończyłam gdzieś w trakcie któregoś tam z kolei sezonu. LOST, Dr House, Prison Break, Downton Abbey, TBBT… kiedyś czekałam z wypiekami na twarzy na kolejny odcinek i oglądałam nawet w TV powtórki powtórek… Nie liczę tych trwających, z którymi jestem na bieżąco (Hannibal, Gra o Tron, Homeland – chociaż ten ostatni sezon był tak denny, że tylko płonna nadzieja na to, że Saul okaże się tak naprawdę tajnym agentem izraelskiego wywiadu trzymała mnie przy ekranie ;-)

    Podobnie było z True Blood – na początku był czysty zachwyt. Ten scenariusz! Ci aktorzy! Ten Eric! Te dziwaczne historie, ci pokręceni bohaterowie. Niektóre sceny były majstersztykami scenariopisarstwa, niektóre były genialnie zagrane (wzruszyła mnie przemowa Billa gdy płacze na widok zdjęcia żony i dziecka, albo śmierć Godricka, spodobał mi się wątek Jessiki i Hoyta ;-)). Albo smaczki typu artykuł o Angelinie Jolie adoptującej małe wampirzątko. Niestety w pewnym momencie historia się posypała, wątki zrobiły się tak głupie że nie warto komentować, przemoc z karykaturalnej stała się obrzydliwa. Ten wpis tylko przekonał mnie, że zaoszczędziłam sporo czasu rezygnując z serialu po piątym sezonie, a i tak długo wytrzymałam ;-)

    • Kat Basahin

      A Battlestar Galactica?

      Edit: I nie wiem, o co Ci chodzi. Prison Break skończył się po drugim sezonie, Downton Abbey miało trzy sezony, a ekipa zrezygnowała z kręcenia odcinka świątecznego, o którym chodziły plotki, że zniszczy i odgoni fanów. Supernatural pozostawiło fanów w rozsypce po finałowym 5 sezonie. Wszystko jest kwestią perspektywy i autosugestii :D

      • aHa

        Fakt że perspektywa i autosugestia może wiele zdziałać ;-)
        Battlestar Galctica nie oglądałam… warto?

        • Kat Basahin

          To serial, który zaczyna się od końca świata, a potem jest tylko gorzej – jak nie kochać?

          A serio, to jeśli nie masz alergii na science fiction, bardzo polecam. Też ma zakończenie, po którym widać, że scenarzysta trochę nie dał rady, ale przynajmniej grzecznie kończy się po planowanych 4 sezonach. Słusznie założono, że kasę można trzepać na prequelach i spin-offach, a wyjdzie to lepiej niż przy wkurzeniu fanów sztucznym przeciąganiem fabuły.

  • czarnakozazlasu

    Tak, to była autorka:) i w ogóle tak, tak, tak bardzo tak pod każdym słowem tej recenzji.

  • Lotaria

    Zwierzu nie wiem czy zwróciłaś uwagę, ale scena smutnego i znudzonego Erica w Fangtasii to przekopiowana scena z sezonu 1. Producentom nie chciało się nawet nakręcić nowej sceny kilka lat później. Chyba ten fakt najbardziej bulwersuje mnie w tym jak beznadziejnie potraktowano postać Erica, czyli najciekawszy wątek w True Blood.

  • Wazon

    Cale przedpołudnie robiąc kanapki, oglądalam polskie seriale . Wcale nie takie złe ( niektore) napisalby zwierz kidys i o naszych rodzimych produkcjach.:)

    • Anix

      A zwierz jakieś polskie seriale ogląda? Wątpię. Ale to Wazon jest osobitą babcią zwierza, wiec może coś wie więcej :)

  • Artur Ymir Bednarz

    Ja skończyłem oglądać ten serial dokładnie na drugim odcinku 4 sezonu. Ten motyw z amnezją, która zresztą parę odcinków później, z tego co wiem, mija to podwójna wtopa IMO. Sam TB to w ogóle wielkie rozczarowanie i zmarnowanie świetnego wg mnie materiału. Abstrahując od tego, że jest serial głównie dla kobiet (no, chyba nikt nie łudzi się że jest inaczej) tak już po zakończeniu drugiego sezonu nie oferował nic poza motywem miłosnym. Tak jakby autorzy chcieli powiedzieć; ‚e, jebać i tak większość widzów ma w dupie fabułę’. Zaczęli dodawać coraz więcej porąbanych rzeczy, pomimo tego że mieli świetne pomysły, nie wyeksploatowane. No i aktorstwo głównej parki też nie porywało, lekko ujmując. Zmarnowany potencjał.

  • Kat Basahin

    Od łykania sezonów jednym ciągiem przeszłam do stanu cieszenia się, że ktoś to za mnie obejrzał i streścił. Pa, pa, True Blood.

  • ola

    Mam podobnie – niesmak, wkurzenie i żal. Ostatni sezon dawał pozorne jak widać nadzieje że idzie ku lepszemu, a tymczasem zakończenie jest takie pobieżne, byle jakie i nierealne jak cały serial. Może o to chodziło – obejrzeliście siedem sezonów bajeczki, która kończy się jak bajeczka. Szkoda że nijak się to nie klei z klimatem i pokręconym poczuciem humoru tych minionych 7 sezonów :/
    Wątek Eric-Sookie zakończony tak nielogicznie, że aż ręce opadają. Zgadzam się że chemia między nimi była o niebo bardziej przekonująca niż z Billem, więc jakim cudem „tak po prostu” dał się przegadać Billowi że Sookie jest dla żadnego z nich – nie wiem.
    Ale w sumie może tak jest lepiej – fani są wkurzeni i źli, może nawet poczują ulgę, że już nikt im True Blood nie zarzyna przez kolejne wymuszone odcinki. Może po to był ten nudny i durny finał.

  • spirit

    ostatni sezon TB oglądałem chyba jak większość tylko z sentymentu… rzeczywiście, wątek Sookie i Billa to był główny wątek, ale tylko w 1 sezonie! potem był to serial ludzie vs wampiry (i szerzej vs „inni”) … to, że śmierć Billa zaprowadziła sielankę w Bon Temps to jakieś nieporozumienie, może 2-3 sezony temu kiedy był królem wampirów miało by to sens, ale teraz? co z chorymi wampirami? co z wampirzą władzą? co ze wszystkimi „innymi”? żadnego wyjaśnienia wątków, które były całą osią serialu… osobną kwestią jest sprawa samych postaci… o ile jakoś zamknęli wątki Tary, Lafayetta, Sama (pytanie: po co wyjechał ze strasznego Bon Temps, skoro do niego wraca na święta?), o tyle to, co zrobili z resztą to jest granda… jeszcze jestem w stanie zrozumieć przemianę Jasona (chciał się już ustatkować i zmądrzeć przy „polskim” wampirze, a także przy Jess) to jednak Sookie potraktowali strasznie… postać, która kocha miłością wieczną i wielką Billa, Erica, Alcide’a, chwilami nawet Sama jakoś traci na jakiejkolwiek wiarygodności, gdy po śmierci dwóch z nich, w bardzo krótkim czasie, w ogóle nie rozmawia z trzecim i wybiera zupełnie kogoś innego… po zaroście możemy tylko domniemywać, że to ktoś pokroju Alcide’a :) pytanie tylko jaki sens miało jego zabijanie skoro z żadnym wampirem nie skończyła… jeśli natomiast jest to zwykły człowiek to w ogóle oś całej serii, gdy Sookie przyciągała wszystkich tylko nie ludzi, jest kompletnie bez sensu… poza tym co to za postać, która namawia brata, niemal w finałowej scenie, by się przespał z byłą dziewczyną kumpla, no hello? co to wnosi do zakończenia? gołym okiem widać, że pomysłu na zakończenie i szerzej – na ostatni sezon, w ogóle nie było… to, że seria dobiegła końca w ogóle nikogo ani nie ucieszyło, ani nie zmartwiło… jak zapamiętam TB? jako fajną, wakacyjną rozrywkę, z genialnym Russellem, z nieposkładaną emocjonalnie Sookie i z wampirami, które 7 lat temu jako pierwsze na taką skalę dostały własny serial… ale niesmak jednak pozostał, nawet jeśli była to seria, która już dawno zjadła swój ogon.

  • kuna

    Niestety, podpisuję się wszystkimi łapkami. Scenarzyści powinni pójść do kąta i klęczeć na szyszkach za to, co zrobili z tym serialem, a szczególnie z postacią Erica, dla którego oglądałam ten sezon. Tragikomiczna scena seksu z Ginger miała chyba pokazać, że Eric wypadł z gry, ale w efekcie była próbą zobrzydzenia jednej z niewielu postaci, która od kilku sezonów ciągnęła ten serial. Ta scena autentycznie mnie wkurzyła i zniesmaczyła.
    Już nawet zamienienie Billa w człowieka (przez chwilę myślałam, że to właśnie zrobią, gdy S zaczęła słyszeć jego myśli) byłoby mniej skandaliczne niż to, co nam zaserwowali. Pozostaje tylko niesmak.